Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cisek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cisek. Pokaż wszystkie posty

21 maja 2016

Jak zapomnieć?

Jedni przychodzą, czasem zostają na trochę dłużej, inni zaś odchodzą. To normalna kolej rzeczy w dzisiejszym szalonym świecie i każdy o tym wie. Jednak niekiedy łudzimy się, że jakaś osoba zostanie. Niestety z reguły dzieje się tak, iż coś pójdzie nie po naszej myśli i drogi się rozchodzą. 

Wtedy można albo walczyć albo odpuścić. Z reguły warto próbować wszystko naprawić lecz są też takie sytuacje, w których wiemy, że to nie ma już sensu. Zatem pozostaje tylko zapomnieć...ale jak?
To jedno z zagadnień, które wolno określić jako "temat rzeka". Można by podawać wiele metod na to, a co jedna osoba to kolejny sposób aby odpowiedzieć na pytanie jak zapomnieć. Kilka z nich postaram się wymienić (neutralne, bez podziału dla której płci są przeznaczone)

⚫Rozdysponowanie wolnego czasu - gdy nie mamy nic do roboty zaczynamy myśleć o tym wszystkim co nas przytłacza. 

⚫Rozmowa z najlepszym przyjacielem/przyjaciółką- czasem "wygadanie się" pomaga (do mnie też można napisać, chętnie pomogę!) 

⚫Zlikwidowanie przedmiotów, które mogą nam o tej osobie przypomnieć. 

⚫Tymczasowa zmiana otoczenia, ewentualny wyjazd nad jezioro czy coś w tym stylu w miarę naszych możliwości.

⚫Znalezienie sobie kogoś innego, tak jak mój kolega ostatnio powiedział po zerwaniu z dziewczyną (osobiście nie popieram tego).

Sposobów jak zapomnieć o osobie, której już nie ma w naszym życiu jest mnóstwo. Tylko od nas zależy, który z nich wybierzemy. Zachęcam do przetestowania wszystkich możliwych sposobów, gdyż na każdego działa co innego. Znajdziemy wtedy swój własny "zapominacz" :) 

Chciałem aby czasem było trochę krócej i przejrzyściej. Mam nadzieję, że taka forma także przypadnie Wam do gustu! Tak poza tym  .. polecacie jakieś zmiany na moim blogu? Jeśli tak, to jakie? Mile widziane opinie zostawione w komentarzach i za każdą z osobna (jeżeli takowe się pojawią) dziękuję już teraz.
Do następnego razu!

~Cisek

24 kwietnia 2016

Relacje międzyludzkie

Ostatni post był trochę dawno, więc wypadałoby coś nowego zamieścić po moich talentach. Spowodowane to było mni. przez natłok obowiązków szkolnych w ostatnim czasie, a także brakiem chęci. Ostatnio też prosiłem na asku o pomysły i sugestie na nowe posty. Niestety odzewu nie było w ogóle ale to było do przewidzenia. Wystarczy wstępu, czas przejść do właściwego tematu.

Nie czujecie czasem, rozmawiając z bliską osobą, że Wam zależy bardziej aniżeli jej bądź jemu? Wydaje mi się, że chyba każdy miał chociaż raz taką sytuację w życiu. Ja, po moich przeróżnych przygodach, które po części tutaj opisałem, mam niestety takie przeczucia dosyć często. 
Oczywiście gdy pytamy czy wszystko okey, czy nadal on/ona chce utrzymywać taki kontakt, jaki był dotychczas, to odpowiedź z reguły jest pozytywna i wszyscy są happy. Dużo gorzej jak nasze przypuszczenia się sprawdzą.

No i co wtedy robić, jeśli on/ona powie nam, że już nie widzi przyszłości dla tej znajomości? Walczyć czy może lepiej sobie odpuścić? Nasuwa mi się tutaj pewne powiedzenie, że jak kocha to wróci. Inni wolą wersję jak kocha to nie zostawi. Osobiście bliżej mi jest do tego drugiego. Wiadomo, że wszystko zależy także od sytuacji, bo może mieć ta druga osoba powody, dla których nie chce dalszych kontaktów. 
Załóżmy jednak, że znajomość trwa już jakiś tam czas i zdążyliśmy się przywiązać do niej/niego. Trudno dać tak po prostu za wygraną. Zresztą, znając niektóre dziewczyny (zapewne większość chłopaków przyznałaby mi rację) to może być kolejny "test". Zresztą chłopach też lubią czasem sprawdzać dziewczyny i to zdarza się coraz częściej. 
Jeśli jednak nie jest to żaden test, to warto chociażby poważnie i na spokojnie porozmawiać. W brew pozorom lepiej porozmawiać i zakończyć to w pokojowych warunkach, a może nawet uda się kontynuować znajomość. Jeśli się odpuści, to potem zostaje tylko smutek i niedosyt, że nie spróbowało się pogadać.

Może i trochę niemiłym dla tej drugiej strony jest nieodzywanie się przez jakiś czas. To kolejny z tych "testów", które wykorzystują zarówno chłopacy, jak i dziewczyny. Jednak te słowa poniżej są niestety jak najbardziej prawdziwe.
Czasem zdarzy mi się nie odzywać przez jakiś czas, jednak nie dlatego, że tak chcę, tylko z braku czasu lub chociażby problemów z Internetem. Jednak fakt faktem jest, że trochę mi przykro, gdy wchodzę na fejsa po kilku dniach, ewentualnie tygodniu, to nie widzę chociażby jednej wiadomości od osoby, na której mi zależy z zapytaniem czy wszystko w porządku. 
No ale wiadomo, nie każdy jest taki jak ja, że gdy ktoś mi nie odpisuje jeden dzień to już staram się jakoś inaczej z tą osobą skontaktować i dowiedzieć się co i jak. 


No i to by było na tyle jeśli chodzi o dzisiejszy post. Dziękuję każdej osobie z osobna za to, że dotarła do tego momentu wpisu i za to, że w ogóle weszła na mojego bloga. Zapraszam także na mojego aska :) 

Do następnego razu! 
~Cisek


29 marca 2016

Talent

Święta, święta i po świętach. Nie miałem przez to czasu, żeby zabrać się za nowego posta. Dzisiaj ostatni dzień wolnego, więc jest chwilka na to, w końcu.
Każdy ma swój talent, nie ma raczej osoby, która nie posiadałaby jakiejś szczególnej cechy. Potrafi ona robić coś, jakąś czynność, którą wykonuje perfekcyjnie dzięki temu talentowi. To uzdolnienie może być oczywiście w formie pozytywnej ale niekiedy i w formie negatywnej. Właśnie o tym drugim rodzaju zamierzam w tym poście napisać.

Ostatnio zadaję sobie dosyć często jedno pytanie - "Co ja kurwa odpierdalam???" . Robię rzeczy, o których nigdy bym nawet nie pomyślał, że ja takie coś kiedyś komuś zrobię. Czasem siebie nie poznaję po prostu. Pisałem o nadzei, a tak na prawdę nie zauważałem co ja sam wyprawiam. To ja powinienem się znaleźć w tamtym poście, nie powinienem oceniać innych skoro moje czyny nie różnią się wcale od pozostałych.

Ostatnio rozczarowywanie innych wychodzi mi niestety doskonale. Ja nie o to prosiłem, żeby komuś zaczęło zależeć trochę bardziej, chociaż to bardzo miłe ale jednak to w sumie nie jest żadne wytłumaczenie, zważając na to ile razy w przeciągu kilku tygodni potrafiłem zranić kilka osób. W sumie to od jakiegoś czasu już tak coś jakby ze mną było nie tak. Wszystko mi nie pasuje, robię awantury z błahych i bezsensownych powodów, jakby bez tego nie mogła odbyć się normalna rozmowa.

Na szczęście nie z każdym tak mam ale osoby, które nasłuchają się co ja im gadam, a potem jeszcze nawet wybaczają, nie są w komfortowej sytuacji. Szczerze na ich miejscu już dawno bym odpuścił sobie rozmowę ze mną. Z bloga mogę się wydawać świetnym chłopakiem, co nie raz słyszałem od osoby, która czytała posty.

Niestety z bólem muszę przyznać, że rzeczywistość w niektórych przypadkach jest zgoła inna. Zastanawia mnie tylko dlaczego z jedną osobą mogę rozmawiać normalnie i jest wszystko dobrze, a z inną już muszę się ciągle kłócić, ranić ją, rozczarowywać i po raz kolejny obiecywać poprawę, prosząc jednocześnie o n-tą szansę. Staram się to zmienić i z początku mi to wychodzi ale po pewnym czasie znowu sytuacja się powtarza i tak w kółko.

Co o tym myślicie? Byłbym wdzięczny za jakieś opinie :) Z góry dziękuję!
~Cisek

Przepraszam ... słowo, które używam w ostatnim czasie dosyć często

15 marca 2016

Umiera ostatnia

Możliwe, że tytuł nic Tobie nie mówi. Za moment jednak powinno być wszystko jasne. Mianowicie chodzi o przysłowie - "Nadzieja umiera ostatnia". Dosyć popularne i powszechne powiedzenie, które ostatnio gości w moim codziennym życiu coraz częściej. Tak, to kolejny post z serii tych, jakby to powiedzieć, życiowych.
Ludzie obiecują wiele rzeczy. Jedni więcej, inni mniej. Nie ma chyba takiej osoby na świecie, która nigdy nikomu by nic nie obiecała. Może to i dobrze. W końcu często obietnice są jedyną, czasem mocno łudzącą, formą podtrzymywania nadziei. Przecież umiera ostatnia prawda? Trzeba sobie zadać pewne pytanie o sens tegoż słowa, a właściwie czynu. Czy warto mieć nadzieję? Czy jednak lepiej żyć jak gdyby nigdy nic i czekać co przyniesie nam los, nie przejmując się przyszłością?

Każdy odpowie inaczej na pytanie. W sumie to są tylko dwie możliwości, ewentualnie trzy dla tych niezdecydowanych, nie mających własnego zdania w tej kwestii. Odpowiedź, według mnie, nie jest do końca taka oczywista. Wszystko zależy od sytuacji, w jakiej się znajdziemy. Jeśli jesteśmy czegoś w 100% pewni, to nadzieja nawet nie jest potrzebna, aczkolwiek i tak zawsze występuje. Przecież nigdy nie wiadomo co przyniesie przyszłość. Gorzej jest natomiast, gdy już niestety pozostaje tylko nadzieja, bo żadnej pewności nie ma. Przykładem może być to, że dziewczyna mówi chłopakowi o szansie związku w przyszłości, jednocześnie flirtując z innym.
Tak jakby ten chłopak był jakimś "planem b" w razie niepowodzenia z obecnym facetem. Wtedy już tylko pozostaje mieć nadzieje. Chociaż w sumie po co, skoro dziewczyna nie potrafi wybrać?

Ale zostawmy już przykład. To miał być tylko dowód na to, że nie zawsze robienie sobie, a tym bardziej komuś nadzei jest dobrym rozwiązaniem - "Nie rób drugiemu co Tobie nie miłe". Dlaczego? Ponieważ najcześciej w takich sytuacjach pozostaje już tylko nadzieja, bez większych możliwości na powodzenie. Nie jest to przyjemny moment, w którym pomimo wszelkich znaków na ziemi i niebie, ktoś próbuje jeszcze zachować tą, co umiera ostatnia.

Także to, jak postąpisz, zależy od Twojej własnej woli. Jednak warto zastanowić się jak ja czułbym/czułabym się w takiej sytuacji? Czy na prawdę nie lepiej oszczędzić tej drugiej osobie załamania, rozczarowania?
~Cisek

Kawałek z mojej młodości, jednak wciąż aktualny :)

06 marca 2016

Wybaczam Ci

Siemanko! Od mojego ostatniego wpisu minęło już trochę czasu, a usprawiedliwieniem jest poniekąd dużo nauki lecz przede wszystkim moje ogromne lenistwo ... tak, przyznaje się do tego otwarcie.
Ale do rzeczy! Jak można było, nie tak dawno, przeczytać u mnie na asku, znowu coś się wydarzyło co uznałem za warte zamieszczenia na blogu. Zresztą to już prawie, że norma.. praktyczne nie ma miesiąca bez jakichkolwiek lepszych bądź gorszych sytuacji.

Pamiętacie może moją przyjaciółkę, o której pisałem jakiś czas temu w poście Historyjka ? To właśnie o niej dzisiaj ponownie będzie. Sam tytuł może co nieco sugerować. Ale od początku.
Wszystko było ładnie pięknie i cudownie dopóki nie znalazła nowego chłopaka. Brzmi znajomo? Niestety sytuacja się powtórzyła, mimo obietnic. Próbowałem jakoś wyjaśnić sprawę ale powiedziała mi tylko, żebym już po prostu nie pisał. Nie wiedziałem już co o tym myśleć aczkolwiek ku mojemu zdziwieniu nie załamałem się aż tak, jak to miało miejsce za pierwszym razem. Możliwe, że po prostu było to w pewnym sensie przyzwyczajenie. Możliwe, że miałem się komu wyżalić. Pomyślałem sobie wtedy, że to jednak nie było to. Nie było między nami tej prawdziwej przyjaźni, którą można spotkać na każdym kroku. Jak to mówią było-minęło.

Minęły może dwa, góra trzy tygodnie. Przyszedł dzień jej urodzin. Długo zastanawiałem się czy złożyć jej życzenia, a jeśli tak to co miałoby w nich być. W końcu jakoś pod wieczór napisałem jej na tablicy krótkie życzenia, mni. o fajnym chłopaku i przyjaciołach. Po kilku minutach, ku mojemu zaskoczeniu, napisała do mnie. Okazało się, że nie jest już z chłopakiem itp. ale nie napisała, żebym okazał jej litość czy coś w tym stylu. Oczywiście wywiązała się krótka rozmowa, chciałem się dowiedzieć co się stało. Potem zapytałem wprost czy chciałaby dalszej przyjaźni .. odpowiedziała, że na to nie liczy ale bardzo by tego chciała.
Miałem mętlik w głowie. Nie wiedziałem co odpisać, to była na prawdę ciężka sytuacja. Gdy myślałem nad tym wszystkim, w pewnym momencie spojrzałem w stronę bransoletki na rękę, która leżała gdzieś tam w kącie przywalona różnymi rzeczami. Był na niej taki skrót - W.W.J.D. (What Would Jesus Do? - Co zrobiłby Jezus?). Odpowiedź na pytanie skierowane niejako do mnie była teoretycznie oczywista - wybaczyłby. Więc czemu i ja nie mogę tak uczynić ? Tutaj nawet nie chodziło o kwestie religijne ale czysto moralne. Tak na prawdę wszystko to wydarzyło się w przeciągu kilku sekund po tym jak dostałem pozytywną odpowiedź od niej ale i tak oznajmiłem jej to dopiero na drugi dzień. Jednym słowem - była szczęśliwa.

Zapewne znaczna część osób by już ponownie tego samego nie wybaczyła lecz na myśl przychodzą mi słowa, które kiedyś słyszałem od o. Szustaka, że powinno się wybaczać nawet po raz setny. Oczywiście to nie jest oryginalny cytat ale sens pozostaje taki sam. Wiem, że wybaczanie jest rzeczą niełatwą ale czasem jednak można zyskać z tego tytułu wiele. Ja uświadomiłem sobie, że ona dużo dla mnie znaczy, bo tylko ona zawsze potrafiła mi pomóc jak miałem jakiś problem, tylko ona mnie rozumiała i znosiła moje wszystkie narzekania i użalania się nad sobą.
Z tego miejsca pozdrawiam Cię Gabi i dziękuję za te niespełna (z malutkimi przerwami) półtora roku znajomości! <3

Aa i jeszcze jedno, poprzedni post był właśnie krótko po w/w sytuacji dlatego miał taką tematykę, a nie inną :)
Zapraszam również na aska oraz bardziej prywatnie na maila: cisekblog@gmail.com
Do następnego razu!
~Cisek

Tym razem trochę spokojniej :)

14 stycznia 2016

Polski grudzień

Po dłuższej nieobecności, witam Was w nowym roku! Spełnienia marzeń, zdrówka itp. itd., żeby już nie przedłużać :) Chodź grudzień odszedł wraz ze starym rokiem, to jednak warto o nim wspomnieć. Był miesiącem wielu zapamiętanych na długo wydarzeń .. taki właśnie był Polski grudzień. Jako, że obowiązkiem obywatelskim jest dbanie o historię, również i ja takowego się podejmę. W końcu, moim zdaniem, przeszłość naszego państwa nie powinna zostać zapomniana, dlatego trzeba przekazywać ją z pokolenia na pokolenie. Nie będę już zagłębiał się w zamierzchłe czasy lecz te, które są nam najbliższe.

Wszystko zaczęło się 14 grudnia 1970 roku. Robotnicy Stoczni Gdańskiej odmówili rozpoczęcia tegoż dnia pracy. Powodem były podwyżki cen artykułów spożywczych, średnio o 23 %. Informacja ta poszła w eter za pośrednictwem radia wieczorem, 12 grudnia. Pierwsze walki z Milicją Obywatelską odbyły się już w dniu strajku. W ciągu kolejnych dni protest rozpowszechnił się na całe południe, a także na kilka innych, znaczących miast całego kraju. Miliony ludzi wyszło na ulice i zaczęło wyrażać swoją dezaprobatę dla ówczesnej władzy.
Jednym z charakterystycznych momentów tych ponad tygodniowych zamieszek, był dzień 17 grudnia 1970 roku, znany powszechnie pod nazwą Czarny czwartek. Robotnicy w Gdyńskiej stoczni jak co dzień przyjechali do pracy pociągiem. Jednak na dworcu, a konkretnie na moście, napotkali wojsko. Zostali otoczeni z jednej i drugiej strony, a funkcjonariusze otworzyli ogień. Początkowo milicja nie chciała strzelać lecz strach przed konsekwencją niewykonania rozkazu był większy.

Jedną z pierwszych ofiar był 18-nasto letni Zbigniew Godlewski. Jednak został on nazwany Jankiem Wiśniewskim, gdyż autor, który na upamiętnienie jego napisał piosenkę nie znał prawdziwego imienia zamordowanego. Chłopak stał się symbolem powstania stoczniowców do tego stopnia, że chwilę po jego śmierci robotnicy wzięli ciało, położyli je na drzwi i przemarszowali ulicami Gdyni.

Zdjęcie ukazujące Janka Wiśniewskiego na czele robotników





Pogrzeb chłopaka odbył się kilka dni po jego śmierci, w nocy. Oczywiście bez wiedzy władz. Grudniowe wydarzenia miały duży wpływ na to, jak potoczyła się dalsza historia naszego narodu. Pokazały, że potrafimy walczyć z okupantem, bo tak to trzeba nazwać. Podczas protestów zginęło łącznie 45 osób, a ponad 1000 odniosło większe bądź mniejsze obrażenia.

Z góry przepraszam za błędy rzeczowe .. jeśli takowe się znajdą, prosiłbym o zwrócenie uwagi choćby w komentarzu.  Zapraszam także na mojego aska oraz maila -> cisekblog@gmail.com

~ Cisek


Ps:Ballada o Janku Wiśniewskim - dobrze ukazane w.w. wydarzenia :)

29 listopada 2015

Miłość

Siemanko! Zgodnie z zapowiedziami, dzisiaj będzie post na temat miłość. Moja fanka słusznie zauważyła, że po poście o rozstaniach powinien też znaleźć się temat niejako z tym związany.
Nie powiem, że jest to dla mnie błahostka. Ciężko jakoś pisać mi o tym. Może dlatego, że miłość jest w moim życiu prawie nieobecna. Może dlatego, że nie rozumiem do końca kiedy jesteśmy w kimś zakochani. Przyznaję się bez bicia. Szukałem definicji na necie lecz to wszystko wydaje się takie oczywiste, a w rzeczywistości tak nie jest, przynajmniej dla mnie. 

Natasza, bo tak ma na imię w/w osoba, trafiła w sedno, gdyż był to bardzo dziwny dla mnie okres, a właściwie kilka dni. Poznałem pewną dziewczynę, przez neta, jakże by inaczej. Fajnie się pisało.. zeszło na tematy miłości itp. Czy ma chłopaka/chciała by mieć.. standardowy zestaw pytań. Po przejściu na priv pisałem, że trochę brakuje kogoś bliskiego.. ona opowiedziała mi historię pewnej pary, która zachowywała się jak w związku lecz nie było uczucia pomiędzy nimi. Jednak po jakimś czasie zakochali się w sobie. 
Wtedy, najprawdopodobniej pod wpływem emocji związanych z brakiem drugiej osoby, pomyślałem "czemu nie". Opowiedziałem o tym przyjaciółce.. nie wierzyła mi co zrobiłem. Nie poznała osoby, która zawsze podejmuje rozważnie każdą decyzję. Przecież bez miłości nie można być w związku.. miała rację. Druga przyjaciółka mniej więcej napisała mi to samo. Załamałem się. Powoli zacząłem wszystko sobie układać i dotarło do mnie co ja zrobiłem. 

Przemyślałem i przeprosiłem.. czułem się podle ale wiedziałem, że ja w takim związku żyć nie potrafię. Jak dla mnie pary, które decydują się na tzw. "związek na odległość"  muszą na prawdę być mocno zakochani i mieć pełne zaufanie do siebie. Jest to godne naśladowania, gdyż nawet w normalnych związkach tego czasem brakuje. 

To uczucie jest wszechobecne. Czasem ma się wrażenie, że cały świat wypełnia miłość, a Ty nadal sam/sama. Definicji jest wiele, to poświęcenie drugiej osobie, bycie przy niej w trudnych momentach, wspieranie, robienie wszystkiego pod tą jedyną/tego jedynego, spełnianie wszystkich próśb, zgadzanie się z jej zdaniem nawet wtedy, gdy nie ma racji... każdy to wie. 
Niestety w moim przypadku nie jest tak łatwo. Pomimo tego, że to wszystko robiłem to po prostu nie czułem miłości. Teraz rodzi się pytanie w mojej głowie: Czym jest miłość ? 

Gdybym ja miał odpowiedzieć na to pytanie, posłużył bym się cytatem św. Pawła z Pierwszego Listu do Koryntian (przepraszam za jakość fotki ale nie mogłem znaleźć całego fragmentu na obrazku, a wstawienie tekstu zajęło by połowę tego posta) :

1 Kor 13, 4-13
Na pytanie możecie odpowiedzieć w także komentarzach no co szczerze liczę. Jeśli ma ktoś potrzebę pogadać, to zapraszam na maila: ciskeblog@gmail.com. Już jedna osoba napisała, więc chyba nie jest ze mną tak źle :)

Uwaga! Postanowiłem, również założyć aska specjalnie dla Was :3 ->> ask.fm/Cisowskyy 
Czekam na pytanka :)

To już koniec tej notki, myślałem, że będzie dłuższa. Jednak udało się w miarę sprawnie ją skrócić :)
3majcie się i do następnego posta!

~Cisowsky


Ps: tradycyjnie, yt - trochę na temat:

21 listopada 2015

Francja

To, co stało się tydzień temu, w piątkowy wieczór w Paryżu, wstrząsnęło całą Europą, a nawet i światem. W gwoli przypomnienia, 129 osób zostało zabitych przez terrorystów z Państwa Islamskiego , a blisko ponad 100 jest w stanie krytycznym. Oto żniwo 5 zamachowców, liczących na zbawienie przez Allaha.

Jest to w pewnym sensie "zapłata" za wtrącenie sie w wojnę w Syrii. Jednak czy aby na pewno słuszna? Przecież Francja i inne państwa próbują tylko doprowadzić do zakończenia tamtejszego konfliktu, gdyż drogą dyplomatyczną jest to nie możliwe. Niestety, odwet był zorganizowany w formie, której zapewne dotychczas się nie spodziewano lub nikt nie chciał dopuścić do siebie tej myśli. Tak czy inaczej stało się.
Odzew całego świata na te wydarzenia był ogromny. Znicze w miejscach zbrodni, pod ambasadami francuskimi w innych krajach, minuta ciszy przed meczami reprezentacji (chodź w przypadku Turcji gwizdy - w końcu tam panuje islam), a nawet Marsylianka odśpiewana podczas jednego z meczy Ligii Angielskiej - to pokazuje jak różni ludzie, rożnej narodowości potrafią zjednoczyć się, chociażby duchowo, w takich sytuacjach. Lecz wątpliwe jest to, by taki sam odzew byłby w tym samym przypadku na naszej ziemii ... ale nie o tym.

Warto też wspomnieć piękny gest naszego reprezentanta, Kamila Grosickiego, który w meczy z Czechami, po strzelonym golu, pokazał koszulkę z napisem Pray for Paris.

Koszulka Kamila Grosickiego po strzelonym golu Czechom

Tutaj chciałbym także poruszyć temat solidaryzowania się Facebook'owiczów. Była bowiem przez pewien czas możliwość ustawienie filtru na swoje zdjęcie profilowe z flagą Francji. Wiadomo - flagi państwowej używa się szczególnych okazjach. Taką szczególną okazją było także niedawno obchodzone Święto Niepodległości . Jakoś nie zauważyłem, aby ponad połowa użytkowników tego portalu ustawiła sobie flagę Polski. To tylko pokazuje jakie jest małe poczucie patriotyzmu Polaków, a jaka medialności, pogoń za tym co "fajne", popularne. Za tym co robią wszyscy na świecie. Przecież każdy tak robi, to ja też muszę.

Niestety w/w sytuacja może się także prędzej czy pózniej zdarzyć w kraju nad Wisłą. Może ale nie musi. Skąd był jeden z zamachowców? Z Syrii. Kto zmierza teraz do prawie całej Europy? Syryjczycy. Nie mówié tutaj, że kryją się wsród nich przyszli kamikadze, jednak zdrowy rozsądek podpowiada aby rozpatrzyć taką możliwość. W dodatku Ci, którzy rozpętali piekło w zeszły piątek, byli obywatelami francuskimi przez wiele lat. Nie znacie dnia ani godziny ... powtórzę, że taki scenariusz może się wypełnić ale nie musi.

Na koniec, dodam tylko - Pray for Paris!

Ps: zważając na powagę sytuacji nie dodam dzisiaj kolejnego utworu z yt :) 
Aa no i plany miały być inne lecz z uwagi na to, co się stało, trochę uległy zmianie. Następny post będzie już o temacie zapropnowanym przez fankę :) 

~Cisowsky 

11 listopada 2015

11.11.1918 r.

Z okazji tej daty obchodzimy każdego roku święto - rocznicę odzyskania niepodległości przez Rzeczpospolitą. Niepodległość wydartą z rąk zaborców po 123 latach ich okupacji.
Co ciekawe pewnie nieliczni wiedzą, że data ta nie wiąże się ściśle z upragnioną wolnością. Na to złożyło się bowiem wiele czynników, a właściwie wiele wygranych bitew, mni. pod dowództwem dobrze znanego każdemu marszałka Józefa Piłsudskiego. Jednak data ta została wybrana nieprzypadkowo, gdyż tegoż dnia podpisano rozejm kończący I wojnę światową.

Jednak nie od zawsze dzień ten był wspomnieniem rocznicy Narodowego Dnia Niepodległości. Został ustanowiony w roku 1937 lecz zniesiony już w 1945. Przywrócone zostało natomiast w roku 1989, w którym to dokonywana była transformacja systemowa w Polsce.

Dzisiaj na słowo "Święto Niepodległości" może się kojarzyć mni. Marsz Niepodległości organizowany co roku w stolicy naszego kraju - Warszawie. Jak każdy wie nie zawsze jest tam w pełni bezpiecznie ale i tak co roku przyciąga tysiące zainteresowanych z całej Polski. Jednak atmosfery tam panującej nie zastąpi żaden sposób obchodzenia tego święta narodowego.
Sam chciałem w tym roku jechać lecz nie mogłem się zdecydować, aż a końcu było za późno na decyzję. Swoją drogą nie wiem nawet czy rodzice by mnie puścili :) Wiadomo, burdy, race etc.

Tak poza tym wracając dzisiaj z Mszy Św. za Ojczyznę patrzyłem na moje osiedle i na bloki, a w szczególności na balkony. Praktycznie z tego co zauważyłem to może co dziesiąte mieszkanie miało wywieszoną biało-czerwoną flagę. Trochę to smutne ale prawdziwe. Niektórzy ograniczają się tylko do oglądania transmisji telewizyjnej z defilady przy grobie Nieznanego Żołnierza. Takie już jest nasze społeczeństwo :)

Chciałem dla odmiany coś krótkiego dzisiaj. Następny post ukaże się już niebawem, najprawdopodobniej w przyszłym tygodniu. Co ciekawe inspirowany będzie ... przez fankę! Napisała do mnie Natasza, która zasugerowała temat kolejnego wpisu. Szczerze mówiąc, to się tego nie spodziewałem! Mam nadzieję, że się nie obrazisz za użycie Twojego imienia :)
Także do następnego postu! 3majcie się! :)

~Cisowsky


Ps: może o Powstaniu Warszawskim ale tematyka w sumie zachowana :)

04 listopada 2015

Rozstanie

Siemanko! Chyba każdy z nas przeżył kiedyś tą rzecz, jeśli nie z dziewczyną/chłopakiem, to z kimś bardzo bliskim. Każdy także wie, że w takich sytuacjach najchętniej wyłączyć się na bodźce zewnętrzne, przypływające z otaczającego nas świata.
Istnieje również pewien, myślę, że można tak to określić, stereotyp związany z rozstaniami. Mianowicie tylko dziewczyny przejmują się tym, natomiast chłopacy w ogóle. Nie powiem, często tak jest ale nie zawsze. Pomimo tego, że jest to rzadko spotykana sytuacja, w której chłopak też odczuwa, w pewnym sensie, to samo co płeć piękna, to jest możliwa. Przyjęło się, że faceci po takim czymś najczęściej nic sobie z tego nie robią, a w dodatku czując się wolnymi strzelcami, prawie od razu zaczynają szukać kolejnej wybranki. Nie neguję tego, gdyż w dużej mierze jest to prawda. 

Zaraz zaraz, przecież powszechnie też wiadomo, iż to kobietom łatwiej ukazywać swoje uczucia drugiej osobie. Wywnioskować można z tego, że mężczyźni po rozstaniu najzwyczajniej w świecie ukrywają to, co w nich siedzi. Wierzcie mi drogie Panie lub nie ale u części mężczyzna tak jest! Nie myślcie sobie, że każdy z nas po rozstaniu baluje do białego rana z pierwszą lepszą dziewczyną, napotkaną w pierwszym lepszym klubie. Poza tym, może to i głupia teza ale każdy reaguje inaczej na przykre, życiowe zdarzenia, więc czemu w/w sytuacja nie może być pewnym sposobem odreagowania, zapomnienia o stracie bliskiej osoby? Ile razy zapijamy smutki, udając, że przecież nic się nie stało? 
Są jeszcze uczuciowi chłopacy, wrażliwi na rozstania itp. W dodatku także oni nie mogą zapomnieć o dziewczynie, przyjaciółce, z którą mieli utrzymywać kontakt już "na zawsze". Osobiście parokrotnie słyszałem o mojej osobie słowa, że jestem uczuciowy i to takie cudowne u chłopaka.. ale co z tego? Przecież w pierwszym momencie każdy najpierw widzi cechy zewnętrzne. Dopiero po jakimś czasie poznaje się duszę człowieka. 

No ale jak przeżyć te ciężkie chwile? Metod jest wiele jednak każdy indywidualnie powinien podejść do tematu. Rożne charaktery, rożna wytrzymałość psychiczna, odmienne postrzeganie sytuacji. To wszystko składa się na to, że tak na prawdę schemat "na wydobrzenie" nie istnieje. Jednak czasem pomóc mogą w tym osoby, które nam zostały - przyjaciele, rodzina. To oni najczęściej wspierają nas gdy dzieje się coś złego, gdy nie jesteśmy w stanie samodzielnie poradzić sobie z danym problemem. 
Warto także szukać pomocy w innych źródłach, takich jak choćby Internet. Nawet niektóre blogi są pomocne (nic tutaj nie sugeruję jakoby mój blog taki był).

Dlaczego akurat temat rozstania? Dlatego, że sam nie mogę zapomnieć o pewnej osobie, chociaż to już ponad rok. Jedni by powiedzieli, że to głupie myśleć o jednej osobie przez tyle czasu .. inni zaś, żeby wrócić do Niej. Jednak opcja druga jest tylko teoretycznie możliwa.
Jeśli macie do mnie jakieś pytania, to zostawcie je w komentarzu. Natomiast jeśli są one bardziej osobiste, to zapraszam do kontaktu mailowego: cisekblog@gmail.com. Nie gryzę! :D

Dziękuje Tobie za przeczytanie tej notki i jednocześnie proszę o opinie w komentarzu! :) Do następnego razu! 

~Cisowsky

"Związek to pracochłonne ognisko.
Zawiłość, w której chce się być blisko,
Ale miłość choć przepali wszystko,
Niepielęgnowana zamienia się w popiół."

21 października 2015

Historyjka

Siemanko! Nowy tydzień = nowy post, a przynajmniej takie są plany i jak narazie próbuje się tego trzymać. Czas zweryfikuje wszystko.
Dzisiaj konkretnego tematu właściwie nie ma, a tytuł posta przyjdzie pewnie podczas jego tworzenia. Jest tak, ponieważ chciałbym opisać i ewentualnie ocenić z mojego punktu widzenia sytuację, której odobiście parę dni temu doświadczyłem.
Więc zacznę może od sedna sprawy. Chodzi o moją, jak na razie, teraźniejszą przyjaciółkę, o której nieraz już wspominałem tutaj. To ona namówiła mnie do pisania bloga, może z powodu tego, że nie mogła już wytrzymać moim częstych wywodów myślowych :D
Poznaliśmy się przez internet, na jednym z chatów. Od razu spodobała mi się jej zwyczajność. Nie była kolejną dziewczyną, z którą trzeba się ciągle starać w rozmowie aby w ogóle ją kontynuować. Normalna dziewczyna, z którą po prostu można było najzwyczajniej w świecie pogadać. Co więcej, czasem nawet sama prowadziła rozmowę, a najczęściej należy to do chłopaka.
Nasza znajomości dość szybko się rozwijała, a po 2/3 miesiącach staliśmy się przyjaciółmi, pomimo tego, że nigdy nawet nie spotkaliśmy się poza wirtualną rzeczywiścią. Szczerze, to nie przypominam sobie momentów, w których kłóciliśmy się, rozmawialiśmy dzień w dzień i co najlepsze, tematy do rozmów się nie kończyły.

Po bodajże pół roku, może trochę więcej znalazła sobie chlopaka. Mi to osobiście nie przeszkadzało, jednak on był innego zdania. Był zazdrosny o mnie, uważał, że przyjaźń "na odległość" nie ma prawa bytu. Osobiście trochę mnie to zabolało. Dowiedziałem się o tym wszystkim w najgorszych okolicznościach. Mianowicie po tym, jak przyszła do mnie ostatnia wiadomość od Niej. Powiedziała, że nie wybaczyłaby sobie tego, gdyby to przez znajomość ze mną, straciła najważniejszą osobę w swoich dotychczasowym życiu.
Początkowo nie mogłem się z tym pogodzić, wkurzyłem się mocno na Nią, a najbardziej na jej chłopaka. Nie obyło się bez mocnych słów. Po jakimś czasie jednak dotarło do mnie, że ta decyzja była wyrozumiała. Odpuściłem.

Minęło ponad 6 miesięcy. No i przychodzi dzień, w którym po prostu napisałem do niej na asku, skomentowałem pozytywnie jej zdjęcie ze snapa. To, co później się wydarzyło, przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Po krótkiej wymianie zdań ona zaczęła mówić o Nim, że jej nie wierzy, nie ufa. Pomyślałem siebie "czyli nic się nie zmieniło"... i zobaczyłem cień szansy do powrotu dawnych relacji. 
Mówiła, że na następny dzień spotyka się z chłopakiem, na najprawdopodobniej ostatnią rozmowę. To była ta chwila. Wsparłem ją i żegnając się zapytałem czy jest możliwość odbudowania tego, co było kiedyś. Odpowiedź była pozytywna, ta chwila była dla mnie niesamowicie szczęśliwa.
Próbowałem powstrzymać łzy, wmawiając sobie: "jesteś facetem czy babą?!". Po chwili jednak emocje wzięły górę - rozpłakałem się. Ze szczęścia oczywiście!
Te łzy uświadomiły jak ważna była i jest dla mnie Gabi. Myślę, że się nie obrazi o to :). Nikt wcześniej nie znaczył dla mnie tak dużo, jak ona. Następnego dnia opisała mi wszystko i powiedziała, że brakowało jej rozmów ze mną. Kolejna chwila szczęścia!

Na koniec dodam tylko, że jej były już, sam do mnie napisał. Nie wiem do końca jaki był cel ale dalej próbował wmówić mi o niemożliwości przyjaźni na odległość. Ta dość krótka rozmowa dała mi szansę poznać jaki on jest. Jak by tu powiedzieć o nim w jednym określeniu - typowy fejmik. Robił sobie dzień po tym zdjęcia z innymi laskami itp. nie przejmując się tą sytuacją. Szczerze, przypierdoliłbym mu za taki brak szacunku ale takiej okazji pewno nie będzie. Może i dobrze.

Historyjka z mojego życia dobiegła końca! Mam nadzieję, że się spodoba. Zostawcie także swoje opinie pod tym wpisem. Bardzo Was o to proszę! Z góry przepraszam za ilość tekstu ale krócej się nie dało :D

Do następnego razu! ;)
~Cisowsky
PS: Kolejny soundtrack z filmu "Do utraty sił" :)

13 października 2015

Do utraty sił

Siemanko! Poprzednio było trochę o pomaganiu, a dzisiaj z kolei o temacie niejako powiązanym, czyli wychodzeniu z trudnych sytuacji. Tytuł posta jest tutaj nieprzypadkowy, ponieważ żywcem ściągnąłem go z pewnej Hollywoodzkiej produkcji. Jeśli ktoś jeszcze nie oglądał, to bardzo serdecznie zapraszam i jednocześnie gorąco polecam! :) Zwlekałem bardzo długo z obejrzeniem tegoż filmu, a chciałem go ujrzeć już od momentu zapowiedzi kinowych. Z powodu braku czasu zobaczyłem go dopiero parę dni temu i nie żałowałem!

Głównym odtwórcą roli jest Jake Gyllenhaal, który zagrał Billy'ego Hope'a. Przedstawiona historia boksera, który jest na samym szczycie, może niektórych bardzo poruszyć. Jednak wszystko wali się, gdy umiera jego piękna i ukochana żona Maureen Hope (Rachel McAdams), która zostaje przypadkowo postrzelona, przy bójce z jego przyszłym rywalem, przez ochroniarza pięściarza.

Od tego momentu w życiu bohatera wszystko się wali, już nic nie ma dla niego sens bez wybranki serca. Pomimo propozycji nowych walk ze strony jego managera i promotora (Curtis Jackson znany bardziej jako "50 Cent") nie korzysta z propozycji, dochowując tym samym złożonej obietnicy zmarłej żonie, co do przerwy w sporcie.
Niestety brak uczestnictwa na ringu, współgra z brakiem dochodów. Z czasem traci fundusze na życie i luksusowa willa oraz samochody zostają zabrane przez windykatora. Wszyscy znajomi się od niego odwracają.
Niestety, decyzją sądu, nie jest w stanie zapewnić pełnej opieki swojej córce Leili (Oona Laurence) i trafia ona do domu dziecka. W dodatku odwraca się od niego i nie chce się z nim widywać. Po raz pierwszy od dawna musi zacząć zarabiać w inny sposób niż boks. Trafia do siłowni Ticka Willisa (Forester Whitaker), byłego boksera, którego kariera została zaprzepaszczona przez niby niegroźny cios podczas, jak się później okazuje, ostatniej walki zawodowej.

Znajduje tam pracę prze sprzątaniu siłowni po treningach, zyskując tym samym możliwość treningu. Po pewnym czasie Billy prosi o pomoc w powrocie do formy Ticka, który początkowo opierając się, zaczyna przemianę dawnego mistrza. Staje się on nowym człowiekiem, nie tak nerwowym i gwałtownym lecz stonowanym i panującym nad emocjami, zarówno w ringu jak i w codziennym życiu.
W końcowym efekcie, dochodzi do walki między w/w rywalem, przez którego zginęła jego żona. Tickowi udaje się powstrzymać go przed wolą zemsty i nakazuje cierpliwie zbierać punkty. Ostatecznie wygrywa nie tylko pas mistrzowski ale może także powiedzieć, że życie - odzyskuje przecież córkę.

Film, pod względem scenerii, jest bardzo dynamiczny i "idzie" za akcją, szczególnie podczas scen prosto z ringu. Jest pełen zwrotów akcji i naprawdę może się podobać, nawet najbardziej wybrednej części publiczności.
Pokazuje on, że nie ma sytuacji bez wyjścia, każdy problem można rozwiązać. Niekiedy droga jest bardzo kreta i wyboista lecz efekt końcowy wynagradza wszystko - w tym przypadku odzyskanie zaufania własnej córki. Po prostu nie należy podejmować pochopnie decyzji oraz pod wpływem emocji. Poza tym nazwisko bohatera nie jest przypadkowe, Hope z angielskiego oznacza nadzieję, nadzieję na wygranie walki.

Co prawda post przerodził się w recenzję filmową ale to nic. Przynajmniej pokazałem, że nie zawsze wstęp jest ściśle związany z efektem końcowym! :) Z góry jeszcze przepraszam za kolejną, dłuższą nieobecność lecz rok szkolny pełną parą, a pracy jest jeszcze więcej niż poprzednio.. postaram się dotrzymać obietnicy złożonej po powrocie.

Do następnego razu!
~Cisek

Ps: Mój ulubiony soundtrack z filmu wykonany przez ulubionego rapera :) Tytuł może posłużyć jako dobre motto życiowe.

30 września 2015

Łatwo, a do tego warto

Siemanko! Dwa posty wcześniej pisałem o tym, że chodź łatwo pomagać, to jednak nie zawsze nam to wychodzi.
Pomimo tego, filmik, który natchnął mnie do napisania tej notki, pokazuje, że łatwo i do tego warto to czynić. 

Ukazuje on bardzo przyjaźnie dla oka pewną zasadę, że pomoc zawsze do nas powróci. W dodatku, zarówno pomoc drugiej osobie, jak i odwrotna do tego sytuacja, wywołuje radość na twarzach ludzi.
Czasem mały gest może zdziałać naprawdę dużo, a niekiedy powróci w najmniej spodziewanym momencie. Kiedy po prostu będziemy jej bardzo potrzebować. 

Myślę, że warto poświęcić te niecałe 6 minut i obejrzeć ten krótki filmik. Nie pożałujesz :) 
Poniżej go zamieszczam .. miłego oglądania! :)
Dzisiaj tak trochę krócej, żeby nie zanudzać samymi długimi moimi dywagacjami :D

Do następnego razu!
~ Cisek 

08 września 2015

Tak łatwo pomagać

Siemanko! Niestety, prawie tydzień temu rozpoczął się nowy rok szkolny, a co za tym idzie więcej obowiązków niż w czasie wakacyjnego wypoczynku.
Aczkolwiek to nie jest główny powód tego, że między poprzednim, a tym postem jest trochę dłuższa przerwa. Szczerze, bez bicia przyznaję, że nie miałem pomysłu. Do tego doszła też lekka niechęć i tak po prostu wyszło.. jednak nie będę dalej gadał i przejdę do sedna sprawy.
Tytuł wpisu każdy widzi, więc nie ma potrzeby go szerzej omawiać. Jednakże nie do końca jest on adekwatny do poniższego tekstu. Dlaczego?
Przecież to oczywiste, że pomagać drugiej osobie jest bardzo łatwo, na wiele różnych sposobów i w każdej możliwej sytuacji. Jest to w pełni logiczne i proste. No dobra.. ale utarło się pewne powiedzenie, które tutaj idealnie pasuje: "łatwo mówić, gorzej zrobić".
Czy aby na pewno tak łatwo jest pomagać? Na przykład pójść do domu dziecka i dać im chwilę radości? Lub nawet do miejsca, w którym przebywają także porzucone dzieci, w dodatku niepełnosprawne?
Im nie koniecznie potrzebna jest pomoc materialna. Jak wiadomo, również jest na nią zapotrzebowanie. Lecz takie maluchy bardziej ucieszą się z 5 minut poświęconych przy nich, niż 5 minut poświęconych na wysłanie sms-a o treści "pomagam". Poza tym sposób, w jaki nam się odwdzięczają - najcenniejszym darem, czyli zwykłym, dziecięcym uśmiechem, jest piękny i niekiedy bardzo wzruszającym, gdyż często nic więcej nie mogą ofiarować. 

Gdy mowa jest o pomocy bliźniemu, nasuwają się także sytuacje, które możemy spotkać np. na ulicy. Mianowicie chodzi mi o to, jak widzimy osobę wymagająca pomocy, czasem i medycznej.
Sam niedawno doświadczyłem takiego zdarzenia. Szedłem z kolegą i stanęliśmy przed przejściem dla pieszych oczekując na zielone. W pewnym momencie dostrzegłem po drugiej stronie ulicy, jak jakaś Pani leżała na ziemi. W pierwszym momencie spanikowałem.. kolega to zauważył chwilę później i szturchnął mnie. Wtedy razem podbiegliśmy. Okazało się, że miała rozcięty łuk brwiowy, a w tym przypadku krew leci bardzo mocno. Na szczęście ktoś z przechodniów miał przy sobie chusteczki higieniczne i podał kobiecie. W dodatku byliśmy na osiedlu, w którym mój znajomy mieszkał, więc szybko zaprowadziliśmy ją na przychodnię, gdzie zostawiliśmy Panią pod opieką profesjonalistów.
Po drodze jeszcze wynikła dość zabawna sytuacja, gdyż kobieta myślała, że jesteśmy studentami medycyny, a to z (pewnie) racji zadawanych pytań o problemy z błędnikiem, zawroty głowy itp. Osobiście, przynajmniej dla mnie, taką wiedzę powinien posiadać każdy w naszym wieku.
Także w teorii pomagać jest łatwo lecz w praktyce wychodzi to znacznie gorzej. Oczywiście ja nie jestem idealny i czasem ta czynność mi nie wychodzi, a przecież nieraz wystarczy naprawdę niewiele. Liczę, że ten post nakłoni chociaż niektórych do głębszej refleksji :)
Do następnego razu! 

~Cisek

24 sierpnia 2015

Manipulacja

Siemanko!
Od poprzedniego posta minął już ponad tydzień więc wypadałoby tutaj coś nowego zamieścić, ażebyście nie myśleli o tym jak o mojej niedawnej długiej nieobecności :) Dzisiaj podejmę się bardzo powszechnego i wszechobecnego tematu jakim jest manipulacja, a konkretniej tej którą serwują nam nasze ukochane media.
Większość pewnie wie o tym doskonale, że takie coś ma miejsce na co dzień lecz nie jestem pewien czy jesteście tego świadomi na jaką szeroką skalę. Weźmy pod lupę chodź by wszelkie sprawy dotyczące różnych wydarzeń związanych z kościołem katolickim.

Co widzimy najczęściej na pierwszych stronach gazet, czy w wywiadach telewizyjnych jeśli sprawa dotyczy w/w zdarzeń? Jak jeszcze nie wiesz co mam na myśli, to już śpieszę z pomocą. Mowa tutaj o tzw. "moherach" czy "moherowych beretach" czyli starszych kobietach, które są ukazywane jako fanatyczne obrończynie swojej religii. Pomimo tego, że dookoła jest dużo ludzi młodych, to i tak najczęściej pokazane są na pierwszym zdjęciu "mohery".
Oczywiście mogę być mało wiarygodny lecz co jeśli w jednym takich wydarzeń uczestniczyłem osobiście i widziałem, że starszych kobiet było znacznie mniej od młodzieży? Mało? Poniżej zamieszczam zdjęcie, pierwsze zdjęcie, które widnieje w artykule dotyczącym manifestacji a propos "Golgota Picnic" (nie będę podawał źródła - dla własnego bezpieczeństwa).

Takie przedstawianie sprawy od razu nakierowuje człowieka, nie będącego w temacie, na negatywne myślenie o chrześcijaństwie czyli religii, w której są same "stare baby" napierdalające modlitwy 24/7.

Jeżeli nadal nie jesteś przekonany o manipulacji, to podaję kolejny przykład. Innym popularnym tematem środków masowego przekazu są kibole lub chuligani - jak kto woli. W przypadku gdy dzieje się coś na stadionie, 2-3 osoby rozrabiają, to momentalnie wszyscy kibice są nazywani kibolami, nieważne, że znaczna większość stała i dopingowała swój ulubiony zespół.
W takiej sytuacji policja jest święta, bo oni tylko chcieli zatrzymać "agresywnych" kibiców, a w rzeczywistości dostaje się gazem pieprzowym lub pałkami niewinnym ludziom, którzy zwyczajnie chcieli przyjść na mecz i wspierać ukochaną drużynę w ciężkim boju z rywalem.
Tutaj akurat nie byłem naocznym światkiem lecz moi znajomi byli i widzieli oraz poczuli to, co się tam działo.
Parę miesięcy temu była głośna sprawa gdy na jednym z meczów kibice wybiegli na murawę, a policja strzelając z broni gładkolufowej śmiertelnie raniła w szyję jednego z nich. Z jednej strony można powiedzieć, że niepotrzebnie wybiegł na murawę lecz z drugiej strony policjant nie mógł celować w okolice głowy napastnika.
Oczywiście media stanęły po stronie policji. Wtedy krążył jeszcze po sieci ten obrazek, na którym widać próbę reanimacji postrzelonego, jednocześnie funkcjonariuszy stojących i nie udzielających pomocy.




Na koniec zamieszczę obrazek, który będzie doskonałym podsumowaniem całego posta.


Dziękuje za przeczytanie mojego wpisu. Liczę, że niektórych przekonam do złego poczynania większości mediów (nie wszystkich oczywiście). Zachęcam również do zostawiania komentarzy i podzielenia się własną opinią na ten temat :) Do "zobaczenia" w kolejnym poście!

~ Cisek





17 sierpnia 2015

Prawdziwa przyjaźń - czy to w ogóle możliwe?

Siemanko!
Dzisiaj kończy się kolejny tydzień, chyba, że post wrzucę w poniedziałkową noc więc wtedy należy napisać "wczoraj". Szczerze powiedziawszy wakacje w tym roku mijają mi, nie wiedzieć czemu, bardzo szybko. No ale jak to mówią wszystko co dobre kiedyś musi mieć swój kres.
Więc dzisiaj, dotrzymując słowa z poprzedniego posta, wstawiam nowego, który miał się ukazać do końca tego tygodnia. Słowa dotrzymałem .. a jednak nie :(

Jak widać dzisiaj będzie o przyjaźni, a ściślej o tej najprawdziwszej. Ale zaraz zaraz .. czy takie pojęcie w ogóle jeszcze występuje? No właśnie, w teraźniejszości co chwila rodzą nam się tego typu pytania. Najczęściej o to czy możliwa jest przyjaźń pomiędzy dziewczyną, a chłopakiem. Także czy istnieje tzw. przyjaźń internetowa, na odległość.
Te wszystkie pytania nurtują wiele osób, ale niestety nie ma na nie jednoznacznej odpowiedzi. Wszystko bowiem zależy od poszczególnej osoby. Od jej charakteru, postrzegania świata. Każdy człowiek jest inny, myśli inaczej, dlatego opinie na ten temat są różne.















Trochę humorystycznie o prawdziwej przyjaźni.


Moje zdanie na ten temat jest następujące. Oczywiście prawdziwa przyjaźń może mieć miejsce w realnym świecie, jest jedno "ale". Mianowicie, według mnie, potrzebuje ona, tak samo jak związek, od jakiegoś czasu kontaktu "twarzą w twarz". Jak wiadomo głównie chodzi tutaj o to, jak kontaktujemy się z drugą osobą tylko za pośrednictwem Internetu. 
Jak dla mnie, prędzej czy później, po prostu musi dojść do kontaktu pomiędzy tymi ludźmi. Jednakże wiadomo o takich przypadkach, w których to znajomość trwała parę ładnych lat zanim doszło do spotkania. Są to jednak (niestety) wyjątki, które trudno przenieść do naszego życia .. w końcu nic na siłę. 

Aczkolwiek nie jest to reguł, która sprawdza się w każdym przypadku. Często bywa tak, że nawet pomimo spotkań, druga osoba np. przestaje się do nas w ogóle odzywać, do tego bez powodu. W takich wypadkach nie można mówić o tym, że była jakakolwiek przyjaźń pomiędzy nimi. 

Jednak moim zdaniem najważniejsze w tym są trzy rzecz. Po pierwsze obydwie strony muszą być zaangażowane jednakowo. Nie może mieć miejsce sytuacja, w której jednemu zależy bardziej, a drugiemu już niekoniecznie. 
Po drugie choćby nie wiem jaka kłótnia zaistniała, to i tak po nawet trochę dłuższym czasie następuje zgoda i jest tak, jak dawniej.
Po trzecie i ostanie zarazem nie udawać nikogo, nie próbować udawać kogoś, kim tak naprawdę nie jesteśmy, w celu przypodobanie się komuś lub mając inny powód. Jeśli Twój przyjaciel Cię dobrze zna, to od razu wykryje, że to "nie Ty".

Powtórzę jeszcze na sam koniec to, co zawsze mówię. To jest tylko i wyłącznie moje zdanie i jeżeli moje porady nie sprawdzą się, to z góry za to przepraszam. Ja jestem tylko człowiekiem, który ma prawo się mylić :) Mówiąc wprost, staram się pomóc najlepiej, jak tylko potrafię.

Zostawiajcie w komentarzach swoje opinie na ten temat, chętnie poczytam co o tym sądzicie. Także sugestie na temat samego bloga mile widziane. Zachęcam również do zadawania pytań pod postem oraz na maila: cisekblog@gmail.com
Do następnego postu!

~ Cisek 

08 sierpnia 2015

Come back!

Powracam! Minęły już chyba 3 miesiące odkąd zamieściłem ostatniego posta. Zapytacie dlaczego.. powodów jest wiele.
Ogólnie trochę się działo w moim życiu, dużo było momentów radosnych ale i niestety trochę mniej szczęśliwych dla mnie. Na szczęście uwziąłem się, żeby w końcu coś napisać no i jestem! W sumie to już od dłuższego czasu myślałem nad tym, żeby wznowić pisanie ale zawsze coś przeszkadzało mi w tym. A to brak czasu lub brak motywacji czy chęci. 

No ale czemu w ogóle przestałem pisać? Niestety to wiąże się z jedną, przykrą dla mnie sytuacją. Mianowicie straciłem kontakt z przyjaciółką (?), która często dawała mi wiele inspiracji i motywacji do pisania. Poza tym to dzięki niej zacząłem to robić, gdyż ona mnie do tego zachęciła. Natomiast jeśli kogoś by interesowało dlaczego kontakt się urwał, to niestety ale tego nie powiem, gdyż myślę, że ona by sobie tego nie życzyła. Jedyne co mogę powiedzieć, to to, że była to jej decyzja.
W sumie to straciłem także drugą przyjaciółkę, w dodatku było to w dzień moim urodzin... do dzisiaj nie wiem co było powodem "fochnięcia" się na mnie. Mogę się jedynie domyślać ale konkretnego wytłumaczenia nie usłyszałem do dzisiaj. 

Kolejną ciężka chwilą i strachem wręcz była końcówka roku. Nie wiedzieć czemu opuściłem się w nauce (może to przez sytuację opisaną wyżej aczkolwiek chyba nie, z naciskiem na chyba), no i w dniu wystawiania ocen proponowanych dostałem dwie karteczki z zagrożeniem. Na szczęście wybrnąłem z tego i we wrześniu idę do drugiej klasy w jednym z najlepszych techników w Polsce (tak, chwalę się). 

Następnym, a zarazem ostatnim ciekawym przeżyciem był wyjazd na rekolekcje Oazy Dzieci Bożych II° (5/6 kl. podstawówki i I gimnazjum od września). Pojechałem tam jako animator, pierwszy raz w życiu. Obaw było wiele, że moja grupa będzie niezdyscyplinowana, że będę przynudzał... ogólnie, że dzieci mnie nie do końca polubią.
No i na początku tak było, gdyż pod koniec reko (trwają 15 dni nie wliczając dnia przyjazdu i wyjazdu) dowiedziałem się od innego animatora (było nas łącznie 4), że jedna z uczestniczek bała się mnie na początku. Szczerze mimo śmiechu, to jednak nie zdziwiło mnie to, bo po prostu musiałem się wczuć i bylem trochę "inny" niż zazwyczaj. Wiadomo, pierwszy raz jako animator jest najtrudniejszy. No ale z biegiem czasu było coraz lepiej, dzieciaki mnie nawet polubiły.
Zdziwiło mnie to ile dzieci mogą nauczyć starszych od siebie, bo mówią prostym językiem, nie owijają w bawełnę. Mówią prosto ale szczerze i to jest najpiękniejsze. 

Ciężkie chwile minęły, a te radosne pozostaną w sercu na zawsze. Cieszę się z tego, że mogę tutaj teraz być i wstawić nowego posta po dłuuugiej przerwie. 

Myślę, że opisałem wszystko co było tego warte, a jak jednak coś przyjdzie mi jeszcze do głowy, to dopisek będzie w kolejnym poście, który planuję niedługo zamieścić (do końca przyszłego tygodnia).
A tym czasem trzymajcie się i do następnego posta! 

~ Cisek 

Ps: Aby tradycji stało się zadość:

22 marca 2015

Marzenia

Marzenia - każdy je ma, jedni mniejsze inni większe ale wszystkim przyświeca jedna idea - spełnienia ich.

No i właśnie dochodzimy tutaj do pewnej kontrowersji, czy warto mieć marzenia, nawet jeśli są one kompletnie nierealne, niewykonalne?
Niektórzy pewnie powiedzą, że "nie ma rzeczy niemożliwych, są tylko te, z których za szybko rezygnujemy" i, może trochę zaskakująco ale w pełni się z tym zdaniem zgodzę!
Chociaż wiadomo, że jeśli ktoś sobie wymarzy lot w kosmos, to może się wydawać nierealne ale wszystko jest możliwe, trzeba po prostu chcieć i dążyć do spełnienia swojego celu. Akurat ten przykład, który podałem wyżej jest do zrealizowania, ponieważ ostatnio słyszałem o próbach lotów samolotami w kosmos. Ceny są wręcz astronomiczne, co w sumie pasuje do charakteru "wycieczki" ale Ci ludzie, którzy polecą,  też musieli na to ciężko zapracować.

Lecz nadal nie odpowiedziałem na pytanie czy warto marzyć.
Odpowiedź brzmi: warto! Są one nieodzowną częścią człowieczeństwa, one zawsze były, są i będą praktycznie zawsze.

"Człowiek bez marzeń, to człowiek bez nadziei. Życie bez nadziei, to życie bez celu"

Dzisiaj w końcu krótko wyszło :)
Pozdrawiam wszystkich i do zobaczenia w następnym poście!

~Cisek

17 marca 2015

Dzień jak codzień

Mój typowy dzień rozpoczyna się o godzinie 5:46 (od poniedziałku do czwartku) lub o 7:47 (piątki).
Po wyłączeniu budzika potrzebuję chwili aby dojść do siebie czyli po prostu wrócić ze świata snu do rzeczywistości.
Gdy już do tego dojdzie, idę do kuchni zjeść śniadanie, które najczęściej składa się z płatków z mlekiem.
Następnie wracam do pokoju i albo się zaczynam się ubierać albo jeszcze odsypiam. W między czasie robie tzw. poranną toaletę.
Z domu wychodzę różnie, czasem spóźniam się na pierwszy autobus, którym mam o 6:15. Następny jest o 6:23 i prawdę powiedziawszy jadąc o tej godzinie jestem tak "na styk" w szkole.
W autobusie (oraz tramwaju, na który się przesiadać mniej więcej w połowie drogi) często uczę się jeszcze, gdyż wieczorem nie zawsze mi się chce. 

Przyjeżdżam do szkoły, idę do szatni odnieść kurtkę, a następnie pod salę.
Potem wiadomo rozpoczynają się lekcje, jedne ciekawsze, drugie mniej. Jedne bardziej, inne mniej wymagające. Między lekcjami czasem są takie przerwy, że cała klasa kuje, bo ma nauczyciel ma pytać lub jest jakiś sprawdzian itp. Natomiast jeśli chodzi o chłopaków (bo jak już kiedyś pisałem, mam samych facetów w klasie) to wydaje mi się, że jesteś zgraną ekipą, gdzie dla mnie taka sytuacja jest miła niespodzianką, bo w  poprzednich klasach tworzyły się raczej takie małe grupki znajomych. 

Od poniedziałku do czwartku mam na 7:10 i  nie ukrywam, że na początku było mi bardzo ciężko, co świadczy choćby sam fakt, że Pani od polskiego zapamiętała już moje nazwisko po pierwszej lekcji, ponieważ mi się przysnęło :D W czwartki natomiast rozpoczynam o godz 8:55.
Szczerze jednak wolę szybciej zaczynać i szybciej być z powrotem w domu.
Zajęcia w szkole kończę w przedziale od 12:30 do 15:25 czyli w domu jestem najpóźniej po 16. 

Gdy w końcu wejdę do domu, po paru godzinach męczarni, najczęściej obiad mam już gotów, czasem trzeba jednak go zrobić... może i potrafię gotować ale jak wracam ze szkoły to wyjątkowo mi się nic nie chce. W sumie teraz rozumiem trochę mamę, przecież ona też waraca zmęczona po pracy. Więc mówiąc kolokwialnie, spinam dupę i jechane.
Po posiłku są dni gdzie po prostu śpię, bo w nocy krótko spałem (jeśli można powiedzieć, że kiedykolwiek długo śpię).
Po chwili odpoczynku lub wspomnianej drzemce zabieram się za lekcje i tak w sumie schodzi mi czas do wieczora.
Tzn nie siedzę parę godzin przed książkami... moja nauka, obrabianie lekcji itp wygląda mniej więcej tak, że robię robię, a za 5-10 min obczajam co nowego na fb, asku lub messengerze. Wiem, że to niezbyt dobra metoda ale można powiedzieć, że jakoś wiąże koniec z końcem. 

Wieczorem od czasu do czasu oglądam jakiś film lub robie coś na kompie. Gdy już wszystko mam zrobione, to idę się kompać. Jednak zanim to uczynię, ćwiczę i sam jestem zdziwiony, bo robię to nieustannie od paru miesięcy. Mój trening, jeśli można tak to nazwać, polega na robieniu pompek (100pompek.pl <-- jakby był ktoś zainteresowany jak dokładnie ćwiczę).
Po treningu i umyciu się, jak wiadomo idę spać. Przeważnie robie to w granicach 1-2. Po raz kolejny mówiąc, wiem, że to niewłaściwe zachowanie, bo śpię średnio 5 godzin i może nie zawsze taka ilość snu mi wystarcza ale tak już jestem do tego przyzwyczajony. Przyczyną tego jest między innymi to, iż nie potrafię zbytnio rozplanować sobie czasu i dlatego nie starcza mi go na wszystko więc siłą rzeczy robie normalne czynności dłużej.
Ale cóż, taki już jestem i wątpię, żeby w najbliższym czasie miałoby się zmienić moje postępowanie w tej sprawie.
Rankiem wszytsko zaczyna się od początku :)

Uff... trochę długo dzisiaj... jak zwykle zapraszam do komentowania i zaglądania tutaj częściej.
Do następnego razu!
~Cisek


08 marca 2015

Wyklęci

Parę dni temu leciał dość ciekawy polski film dokumentalno-fabularny "Inka 1946".
Był on puszczony ze względu na wspomnienie Żołnierzy wyklętych, które miało miejsce 1 marca.
Opowiadał on o losach Danuty Siedzikówny pseudonim Inka, a tak właściwie głównie o jej ostatnich tygodniach/miesiącach życia. 

Dziewczyna ta była tylko sanitariuszką w jednym z oddziałów Armii Krajowej. Miała ona niespełna 18 lat, a gdy została pojmana i aresztowana przez Urząd Bezpieczeństwa wiek nie był żadną okoliczności łagodzącą. 

Ubecy stosowali przeróżne metody aby wyciągnąć z niej informacje gdzie znajduje się niejaki major Zygmunt Szendzielarz Łupaszko, który był pod rozkazami Polskiego  Rządu na Uchodźstwie.
Komuniści chcieli go złapać, gdyż był on jednym z byłych członków AK, która po wyzwoleniu "zeszła" do podziemia aby tam dalej przeciwstawiać się wrogowi. 

Najgorsze w tym jest to, że ubecy, którzy torturowali Inkę fizycznie jak i psychicznie byli Polakami
Nie mieli oni żadnych skrupułów aby  bić, poniżać, ośmieszać swoją, jakby nie patrzeć, rodaczkę.
Chociaż.. tak naprawdę to tylko w teorii byli oni Polakami, w praktyce przestali nimi być gdy zaczęli współpracować z NKWD (w skrócie, z komunistami ). 
Na przesłuchaniach robili jej pranie mózgu. Grali  "dobrego i złego policjanta". Polegało to na tym, że jeden z ubeków był dla niej miły, chciał ją przekonać uwolnieniem za informacje. Drugi zaś bił ją, krzyczał na nią, poniżał. 

Lecz Inka nie dała się zastraszyć i dochowała przysięgi jaką złożyła wstępując do AK. Została rozstrzelana 28 sierpnia 1946 roku. 

Abstrahując trochę od filmu, sędzia, który wydał wyrok został pochowany z najwyższymi honorowi wraz z uroczystą salwą.
Okey ja rozumiem, że pogrzeb powinien być uroczysty ale salwa przysługuje tylko osobą najbardziej zasłużonym dla kraju.. 
Oczywiście ktoś powie, że z góry miał narzucone jaki wyrok powinien paść ale z całym szacunkiem, on nic takiego nie zrobił aby być pochowany z takimi honorami

Na koniec chciałem przeprosić za tak długą nieobecność ale po prostu miałem małe problemy techniczne. 
Także do następnego weekendu jak mniemam.
Siemanko! 
~Cisek 

Ps: Jak zwykle link do yt. Tym razem będzie to jeden z pierwszych soundtrack'ów do F&F7  ;3