Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty

24 kwietnia 2016

Relacje międzyludzkie

Ostatni post był trochę dawno, więc wypadałoby coś nowego zamieścić po moich talentach. Spowodowane to było mni. przez natłok obowiązków szkolnych w ostatnim czasie, a także brakiem chęci. Ostatnio też prosiłem na asku o pomysły i sugestie na nowe posty. Niestety odzewu nie było w ogóle ale to było do przewidzenia. Wystarczy wstępu, czas przejść do właściwego tematu.

Nie czujecie czasem, rozmawiając z bliską osobą, że Wam zależy bardziej aniżeli jej bądź jemu? Wydaje mi się, że chyba każdy miał chociaż raz taką sytuację w życiu. Ja, po moich przeróżnych przygodach, które po części tutaj opisałem, mam niestety takie przeczucia dosyć często. 
Oczywiście gdy pytamy czy wszystko okey, czy nadal on/ona chce utrzymywać taki kontakt, jaki był dotychczas, to odpowiedź z reguły jest pozytywna i wszyscy są happy. Dużo gorzej jak nasze przypuszczenia się sprawdzą.

No i co wtedy robić, jeśli on/ona powie nam, że już nie widzi przyszłości dla tej znajomości? Walczyć czy może lepiej sobie odpuścić? Nasuwa mi się tutaj pewne powiedzenie, że jak kocha to wróci. Inni wolą wersję jak kocha to nie zostawi. Osobiście bliżej mi jest do tego drugiego. Wiadomo, że wszystko zależy także od sytuacji, bo może mieć ta druga osoba powody, dla których nie chce dalszych kontaktów. 
Załóżmy jednak, że znajomość trwa już jakiś tam czas i zdążyliśmy się przywiązać do niej/niego. Trudno dać tak po prostu za wygraną. Zresztą, znając niektóre dziewczyny (zapewne większość chłopaków przyznałaby mi rację) to może być kolejny "test". Zresztą chłopach też lubią czasem sprawdzać dziewczyny i to zdarza się coraz częściej. 
Jeśli jednak nie jest to żaden test, to warto chociażby poważnie i na spokojnie porozmawiać. W brew pozorom lepiej porozmawiać i zakończyć to w pokojowych warunkach, a może nawet uda się kontynuować znajomość. Jeśli się odpuści, to potem zostaje tylko smutek i niedosyt, że nie spróbowało się pogadać.

Może i trochę niemiłym dla tej drugiej strony jest nieodzywanie się przez jakiś czas. To kolejny z tych "testów", które wykorzystują zarówno chłopacy, jak i dziewczyny. Jednak te słowa poniżej są niestety jak najbardziej prawdziwe.
Czasem zdarzy mi się nie odzywać przez jakiś czas, jednak nie dlatego, że tak chcę, tylko z braku czasu lub chociażby problemów z Internetem. Jednak fakt faktem jest, że trochę mi przykro, gdy wchodzę na fejsa po kilku dniach, ewentualnie tygodniu, to nie widzę chociażby jednej wiadomości od osoby, na której mi zależy z zapytaniem czy wszystko w porządku. 
No ale wiadomo, nie każdy jest taki jak ja, że gdy ktoś mi nie odpisuje jeden dzień to już staram się jakoś inaczej z tą osobą skontaktować i dowiedzieć się co i jak. 


No i to by było na tyle jeśli chodzi o dzisiejszy post. Dziękuję każdej osobie z osobna za to, że dotarła do tego momentu wpisu i za to, że w ogóle weszła na mojego bloga. Zapraszam także na mojego aska :) 

Do następnego razu! 
~Cisek


06 marca 2016

Wybaczam Ci

Siemanko! Od mojego ostatniego wpisu minęło już trochę czasu, a usprawiedliwieniem jest poniekąd dużo nauki lecz przede wszystkim moje ogromne lenistwo ... tak, przyznaje się do tego otwarcie.
Ale do rzeczy! Jak można było, nie tak dawno, przeczytać u mnie na asku, znowu coś się wydarzyło co uznałem za warte zamieszczenia na blogu. Zresztą to już prawie, że norma.. praktyczne nie ma miesiąca bez jakichkolwiek lepszych bądź gorszych sytuacji.

Pamiętacie może moją przyjaciółkę, o której pisałem jakiś czas temu w poście Historyjka ? To właśnie o niej dzisiaj ponownie będzie. Sam tytuł może co nieco sugerować. Ale od początku.
Wszystko było ładnie pięknie i cudownie dopóki nie znalazła nowego chłopaka. Brzmi znajomo? Niestety sytuacja się powtórzyła, mimo obietnic. Próbowałem jakoś wyjaśnić sprawę ale powiedziała mi tylko, żebym już po prostu nie pisał. Nie wiedziałem już co o tym myśleć aczkolwiek ku mojemu zdziwieniu nie załamałem się aż tak, jak to miało miejsce za pierwszym razem. Możliwe, że po prostu było to w pewnym sensie przyzwyczajenie. Możliwe, że miałem się komu wyżalić. Pomyślałem sobie wtedy, że to jednak nie było to. Nie było między nami tej prawdziwej przyjaźni, którą można spotkać na każdym kroku. Jak to mówią było-minęło.

Minęły może dwa, góra trzy tygodnie. Przyszedł dzień jej urodzin. Długo zastanawiałem się czy złożyć jej życzenia, a jeśli tak to co miałoby w nich być. W końcu jakoś pod wieczór napisałem jej na tablicy krótkie życzenia, mni. o fajnym chłopaku i przyjaciołach. Po kilku minutach, ku mojemu zaskoczeniu, napisała do mnie. Okazało się, że nie jest już z chłopakiem itp. ale nie napisała, żebym okazał jej litość czy coś w tym stylu. Oczywiście wywiązała się krótka rozmowa, chciałem się dowiedzieć co się stało. Potem zapytałem wprost czy chciałaby dalszej przyjaźni .. odpowiedziała, że na to nie liczy ale bardzo by tego chciała.
Miałem mętlik w głowie. Nie wiedziałem co odpisać, to była na prawdę ciężka sytuacja. Gdy myślałem nad tym wszystkim, w pewnym momencie spojrzałem w stronę bransoletki na rękę, która leżała gdzieś tam w kącie przywalona różnymi rzeczami. Był na niej taki skrót - W.W.J.D. (What Would Jesus Do? - Co zrobiłby Jezus?). Odpowiedź na pytanie skierowane niejako do mnie była teoretycznie oczywista - wybaczyłby. Więc czemu i ja nie mogę tak uczynić ? Tutaj nawet nie chodziło o kwestie religijne ale czysto moralne. Tak na prawdę wszystko to wydarzyło się w przeciągu kilku sekund po tym jak dostałem pozytywną odpowiedź od niej ale i tak oznajmiłem jej to dopiero na drugi dzień. Jednym słowem - była szczęśliwa.

Zapewne znaczna część osób by już ponownie tego samego nie wybaczyła lecz na myśl przychodzą mi słowa, które kiedyś słyszałem od o. Szustaka, że powinno się wybaczać nawet po raz setny. Oczywiście to nie jest oryginalny cytat ale sens pozostaje taki sam. Wiem, że wybaczanie jest rzeczą niełatwą ale czasem jednak można zyskać z tego tytułu wiele. Ja uświadomiłem sobie, że ona dużo dla mnie znaczy, bo tylko ona zawsze potrafiła mi pomóc jak miałem jakiś problem, tylko ona mnie rozumiała i znosiła moje wszystkie narzekania i użalania się nad sobą.
Z tego miejsca pozdrawiam Cię Gabi i dziękuję za te niespełna (z malutkimi przerwami) półtora roku znajomości! <3

Aa i jeszcze jedno, poprzedni post był właśnie krótko po w/w sytuacji dlatego miał taką tematykę, a nie inną :)
Zapraszam również na aska oraz bardziej prywatnie na maila: cisekblog@gmail.com
Do następnego razu!
~Cisek

Tym razem trochę spokojniej :)

04 listopada 2015

Rozstanie

Siemanko! Chyba każdy z nas przeżył kiedyś tą rzecz, jeśli nie z dziewczyną/chłopakiem, to z kimś bardzo bliskim. Każdy także wie, że w takich sytuacjach najchętniej wyłączyć się na bodźce zewnętrzne, przypływające z otaczającego nas świata.
Istnieje również pewien, myślę, że można tak to określić, stereotyp związany z rozstaniami. Mianowicie tylko dziewczyny przejmują się tym, natomiast chłopacy w ogóle. Nie powiem, często tak jest ale nie zawsze. Pomimo tego, że jest to rzadko spotykana sytuacja, w której chłopak też odczuwa, w pewnym sensie, to samo co płeć piękna, to jest możliwa. Przyjęło się, że faceci po takim czymś najczęściej nic sobie z tego nie robią, a w dodatku czując się wolnymi strzelcami, prawie od razu zaczynają szukać kolejnej wybranki. Nie neguję tego, gdyż w dużej mierze jest to prawda. 

Zaraz zaraz, przecież powszechnie też wiadomo, iż to kobietom łatwiej ukazywać swoje uczucia drugiej osobie. Wywnioskować można z tego, że mężczyźni po rozstaniu najzwyczajniej w świecie ukrywają to, co w nich siedzi. Wierzcie mi drogie Panie lub nie ale u części mężczyzna tak jest! Nie myślcie sobie, że każdy z nas po rozstaniu baluje do białego rana z pierwszą lepszą dziewczyną, napotkaną w pierwszym lepszym klubie. Poza tym, może to i głupia teza ale każdy reaguje inaczej na przykre, życiowe zdarzenia, więc czemu w/w sytuacja nie może być pewnym sposobem odreagowania, zapomnienia o stracie bliskiej osoby? Ile razy zapijamy smutki, udając, że przecież nic się nie stało? 
Są jeszcze uczuciowi chłopacy, wrażliwi na rozstania itp. W dodatku także oni nie mogą zapomnieć o dziewczynie, przyjaciółce, z którą mieli utrzymywać kontakt już "na zawsze". Osobiście parokrotnie słyszałem o mojej osobie słowa, że jestem uczuciowy i to takie cudowne u chłopaka.. ale co z tego? Przecież w pierwszym momencie każdy najpierw widzi cechy zewnętrzne. Dopiero po jakimś czasie poznaje się duszę człowieka. 

No ale jak przeżyć te ciężkie chwile? Metod jest wiele jednak każdy indywidualnie powinien podejść do tematu. Rożne charaktery, rożna wytrzymałość psychiczna, odmienne postrzeganie sytuacji. To wszystko składa się na to, że tak na prawdę schemat "na wydobrzenie" nie istnieje. Jednak czasem pomóc mogą w tym osoby, które nam zostały - przyjaciele, rodzina. To oni najczęściej wspierają nas gdy dzieje się coś złego, gdy nie jesteśmy w stanie samodzielnie poradzić sobie z danym problemem. 
Warto także szukać pomocy w innych źródłach, takich jak choćby Internet. Nawet niektóre blogi są pomocne (nic tutaj nie sugeruję jakoby mój blog taki był).

Dlaczego akurat temat rozstania? Dlatego, że sam nie mogę zapomnieć o pewnej osobie, chociaż to już ponad rok. Jedni by powiedzieli, że to głupie myśleć o jednej osobie przez tyle czasu .. inni zaś, żeby wrócić do Niej. Jednak opcja druga jest tylko teoretycznie możliwa.
Jeśli macie do mnie jakieś pytania, to zostawcie je w komentarzu. Natomiast jeśli są one bardziej osobiste, to zapraszam do kontaktu mailowego: cisekblog@gmail.com. Nie gryzę! :D

Dziękuje Tobie za przeczytanie tej notki i jednocześnie proszę o opinie w komentarzu! :) Do następnego razu! 

~Cisowsky

"Związek to pracochłonne ognisko.
Zawiłość, w której chce się być blisko,
Ale miłość choć przepali wszystko,
Niepielęgnowana zamienia się w popiół."

13 października 2015

Do utraty sił

Siemanko! Poprzednio było trochę o pomaganiu, a dzisiaj z kolei o temacie niejako powiązanym, czyli wychodzeniu z trudnych sytuacji. Tytuł posta jest tutaj nieprzypadkowy, ponieważ żywcem ściągnąłem go z pewnej Hollywoodzkiej produkcji. Jeśli ktoś jeszcze nie oglądał, to bardzo serdecznie zapraszam i jednocześnie gorąco polecam! :) Zwlekałem bardzo długo z obejrzeniem tegoż filmu, a chciałem go ujrzeć już od momentu zapowiedzi kinowych. Z powodu braku czasu zobaczyłem go dopiero parę dni temu i nie żałowałem!

Głównym odtwórcą roli jest Jake Gyllenhaal, który zagrał Billy'ego Hope'a. Przedstawiona historia boksera, który jest na samym szczycie, może niektórych bardzo poruszyć. Jednak wszystko wali się, gdy umiera jego piękna i ukochana żona Maureen Hope (Rachel McAdams), która zostaje przypadkowo postrzelona, przy bójce z jego przyszłym rywalem, przez ochroniarza pięściarza.

Od tego momentu w życiu bohatera wszystko się wali, już nic nie ma dla niego sens bez wybranki serca. Pomimo propozycji nowych walk ze strony jego managera i promotora (Curtis Jackson znany bardziej jako "50 Cent") nie korzysta z propozycji, dochowując tym samym złożonej obietnicy zmarłej żonie, co do przerwy w sporcie.
Niestety brak uczestnictwa na ringu, współgra z brakiem dochodów. Z czasem traci fundusze na życie i luksusowa willa oraz samochody zostają zabrane przez windykatora. Wszyscy znajomi się od niego odwracają.
Niestety, decyzją sądu, nie jest w stanie zapewnić pełnej opieki swojej córce Leili (Oona Laurence) i trafia ona do domu dziecka. W dodatku odwraca się od niego i nie chce się z nim widywać. Po raz pierwszy od dawna musi zacząć zarabiać w inny sposób niż boks. Trafia do siłowni Ticka Willisa (Forester Whitaker), byłego boksera, którego kariera została zaprzepaszczona przez niby niegroźny cios podczas, jak się później okazuje, ostatniej walki zawodowej.

Znajduje tam pracę prze sprzątaniu siłowni po treningach, zyskując tym samym możliwość treningu. Po pewnym czasie Billy prosi o pomoc w powrocie do formy Ticka, który początkowo opierając się, zaczyna przemianę dawnego mistrza. Staje się on nowym człowiekiem, nie tak nerwowym i gwałtownym lecz stonowanym i panującym nad emocjami, zarówno w ringu jak i w codziennym życiu.
W końcowym efekcie, dochodzi do walki między w/w rywalem, przez którego zginęła jego żona. Tickowi udaje się powstrzymać go przed wolą zemsty i nakazuje cierpliwie zbierać punkty. Ostatecznie wygrywa nie tylko pas mistrzowski ale może także powiedzieć, że życie - odzyskuje przecież córkę.

Film, pod względem scenerii, jest bardzo dynamiczny i "idzie" za akcją, szczególnie podczas scen prosto z ringu. Jest pełen zwrotów akcji i naprawdę może się podobać, nawet najbardziej wybrednej części publiczności.
Pokazuje on, że nie ma sytuacji bez wyjścia, każdy problem można rozwiązać. Niekiedy droga jest bardzo kreta i wyboista lecz efekt końcowy wynagradza wszystko - w tym przypadku odzyskanie zaufania własnej córki. Po prostu nie należy podejmować pochopnie decyzji oraz pod wpływem emocji. Poza tym nazwisko bohatera nie jest przypadkowe, Hope z angielskiego oznacza nadzieję, nadzieję na wygranie walki.

Co prawda post przerodził się w recenzję filmową ale to nic. Przynajmniej pokazałem, że nie zawsze wstęp jest ściśle związany z efektem końcowym! :) Z góry jeszcze przepraszam za kolejną, dłuższą nieobecność lecz rok szkolny pełną parą, a pracy jest jeszcze więcej niż poprzednio.. postaram się dotrzymać obietnicy złożonej po powrocie.

Do następnego razu!
~Cisek

Ps: Mój ulubiony soundtrack z filmu wykonany przez ulubionego rapera :) Tytuł może posłużyć jako dobre motto życiowe.

30 września 2015

Łatwo, a do tego warto

Siemanko! Dwa posty wcześniej pisałem o tym, że chodź łatwo pomagać, to jednak nie zawsze nam to wychodzi.
Pomimo tego, filmik, który natchnął mnie do napisania tej notki, pokazuje, że łatwo i do tego warto to czynić. 

Ukazuje on bardzo przyjaźnie dla oka pewną zasadę, że pomoc zawsze do nas powróci. W dodatku, zarówno pomoc drugiej osobie, jak i odwrotna do tego sytuacja, wywołuje radość na twarzach ludzi.
Czasem mały gest może zdziałać naprawdę dużo, a niekiedy powróci w najmniej spodziewanym momencie. Kiedy po prostu będziemy jej bardzo potrzebować. 

Myślę, że warto poświęcić te niecałe 6 minut i obejrzeć ten krótki filmik. Nie pożałujesz :) 
Poniżej go zamieszczam .. miłego oglądania! :)
Dzisiaj tak trochę krócej, żeby nie zanudzać samymi długimi moimi dywagacjami :D

Do następnego razu!
~ Cisek 

08 sierpnia 2015

Come back!

Powracam! Minęły już chyba 3 miesiące odkąd zamieściłem ostatniego posta. Zapytacie dlaczego.. powodów jest wiele.
Ogólnie trochę się działo w moim życiu, dużo było momentów radosnych ale i niestety trochę mniej szczęśliwych dla mnie. Na szczęście uwziąłem się, żeby w końcu coś napisać no i jestem! W sumie to już od dłuższego czasu myślałem nad tym, żeby wznowić pisanie ale zawsze coś przeszkadzało mi w tym. A to brak czasu lub brak motywacji czy chęci. 

No ale czemu w ogóle przestałem pisać? Niestety to wiąże się z jedną, przykrą dla mnie sytuacją. Mianowicie straciłem kontakt z przyjaciółką (?), która często dawała mi wiele inspiracji i motywacji do pisania. Poza tym to dzięki niej zacząłem to robić, gdyż ona mnie do tego zachęciła. Natomiast jeśli kogoś by interesowało dlaczego kontakt się urwał, to niestety ale tego nie powiem, gdyż myślę, że ona by sobie tego nie życzyła. Jedyne co mogę powiedzieć, to to, że była to jej decyzja.
W sumie to straciłem także drugą przyjaciółkę, w dodatku było to w dzień moim urodzin... do dzisiaj nie wiem co było powodem "fochnięcia" się na mnie. Mogę się jedynie domyślać ale konkretnego wytłumaczenia nie usłyszałem do dzisiaj. 

Kolejną ciężka chwilą i strachem wręcz była końcówka roku. Nie wiedzieć czemu opuściłem się w nauce (może to przez sytuację opisaną wyżej aczkolwiek chyba nie, z naciskiem na chyba), no i w dniu wystawiania ocen proponowanych dostałem dwie karteczki z zagrożeniem. Na szczęście wybrnąłem z tego i we wrześniu idę do drugiej klasy w jednym z najlepszych techników w Polsce (tak, chwalę się). 

Następnym, a zarazem ostatnim ciekawym przeżyciem był wyjazd na rekolekcje Oazy Dzieci Bożych II° (5/6 kl. podstawówki i I gimnazjum od września). Pojechałem tam jako animator, pierwszy raz w życiu. Obaw było wiele, że moja grupa będzie niezdyscyplinowana, że będę przynudzał... ogólnie, że dzieci mnie nie do końca polubią.
No i na początku tak było, gdyż pod koniec reko (trwają 15 dni nie wliczając dnia przyjazdu i wyjazdu) dowiedziałem się od innego animatora (było nas łącznie 4), że jedna z uczestniczek bała się mnie na początku. Szczerze mimo śmiechu, to jednak nie zdziwiło mnie to, bo po prostu musiałem się wczuć i bylem trochę "inny" niż zazwyczaj. Wiadomo, pierwszy raz jako animator jest najtrudniejszy. No ale z biegiem czasu było coraz lepiej, dzieciaki mnie nawet polubiły.
Zdziwiło mnie to ile dzieci mogą nauczyć starszych od siebie, bo mówią prostym językiem, nie owijają w bawełnę. Mówią prosto ale szczerze i to jest najpiękniejsze. 

Ciężkie chwile minęły, a te radosne pozostaną w sercu na zawsze. Cieszę się z tego, że mogę tutaj teraz być i wstawić nowego posta po dłuuugiej przerwie. 

Myślę, że opisałem wszystko co było tego warte, a jak jednak coś przyjdzie mi jeszcze do głowy, to dopisek będzie w kolejnym poście, który planuję niedługo zamieścić (do końca przyszłego tygodnia).
A tym czasem trzymajcie się i do następnego posta! 

~ Cisek 

Ps: Aby tradycji stało się zadość:

22 marca 2015

Marzenia

Marzenia - każdy je ma, jedni mniejsze inni większe ale wszystkim przyświeca jedna idea - spełnienia ich.

No i właśnie dochodzimy tutaj do pewnej kontrowersji, czy warto mieć marzenia, nawet jeśli są one kompletnie nierealne, niewykonalne?
Niektórzy pewnie powiedzą, że "nie ma rzeczy niemożliwych, są tylko te, z których za szybko rezygnujemy" i, może trochę zaskakująco ale w pełni się z tym zdaniem zgodzę!
Chociaż wiadomo, że jeśli ktoś sobie wymarzy lot w kosmos, to może się wydawać nierealne ale wszystko jest możliwe, trzeba po prostu chcieć i dążyć do spełnienia swojego celu. Akurat ten przykład, który podałem wyżej jest do zrealizowania, ponieważ ostatnio słyszałem o próbach lotów samolotami w kosmos. Ceny są wręcz astronomiczne, co w sumie pasuje do charakteru "wycieczki" ale Ci ludzie, którzy polecą,  też musieli na to ciężko zapracować.

Lecz nadal nie odpowiedziałem na pytanie czy warto marzyć.
Odpowiedź brzmi: warto! Są one nieodzowną częścią człowieczeństwa, one zawsze były, są i będą praktycznie zawsze.

"Człowiek bez marzeń, to człowiek bez nadziei. Życie bez nadziei, to życie bez celu"

Dzisiaj w końcu krótko wyszło :)
Pozdrawiam wszystkich i do zobaczenia w następnym poście!

~Cisek

16 lutego 2015

Zaufanie

Witam wszystkich ponownie na moim blogu!
Post ten zainspirowany został przez moją koleżankę, która miała pewne problemy jeśli chodzi o zaufanie właśnie. 

Często mówi się, że zaufanie łatwo zdobyć ale bardzo trudno odbudować. Jest to stwierdzenie jak najbardziej słuszne, o którym szczerze powiem, że nie raz się przekonałem. 
No ale czy w dzisiejszych czasach zaufanie ma w ogóle sens? Czy opłaca się komuś zaufać i łudzić się, że ta osoba  nigdy tego zaufania nie zniszczy ?
Moim zdaniem mimo wszytko tak, warto ufać. Dlaczego ? Szczerze do sam do końca nie wiem, czemu takie jest moje zdanie, a nie przeciwne.
Aczkolwiek ludzie, którzy wzajemnie sobie ufają czują się w swoim towarzystwie pewniej. Mogą sobie powiedzieć wszystko, bo wiedzą, że druga osoba nie wyjawi powierzonych jej sekretów, przykrych opowieści itp. itd.

Jednak co zrobić jeśli przeliczymy się i naiwność bierze górę nad trzeźwym myśleniem? Myślę, że zanim uznamy kogoś za zaufanego, najpierw trzeba ją, że tak powiem sprawdzić. Chyba najprostszym sposobem na to jest czas z nim bądź z nią przebyty.
Mówi się, że człowieka poznaje się w trudnych sytuacjach. Wtedy właśnie dobrym momentem jest zaufać drugiej osobie, która pomoże jeśli innych zabraknie.

Chciałem, żeby było krótko i tak też dzisiaj jest. Na koniec tylko puentując dla tych wszystkich, którzy nadszarpnęli trochę zaufania bliskiej osoby i uważają, że nic nie zrobili: "Nie rób drugiemu, co Tobie niemiłe" :)

~Cisek


Ps: Link do yt jak zawsze :)

25 stycznia 2015

Koniec "kariery" ?

Witam ponownie na moim blogu! :)

Tym razem chciałbym opowiedzieć pewną historię z mojego życia. Mianowicie chodzi tutaj o uprawiany przeze mnie sport, czyli szermierka.
W gwoli wyjaśnienia, już go nie trenuję, jakby ktoś nie zrozumiał.

Trenowałem tą dosyć rzadko spotykaną dyscyplinę sportu 1-2 lata. Nie powiem - było super, jeździłem na zawody, może nie zdobywałem jakiś dobrych miejsc ale trochę Polski sobie zwiedziłem :)
Historia, która chciałbym przytoczyć wydarzyła się na letnim obozie sportowym w Człuchowie (ok 200 km od Bydgoszczy). Miałem wtedy może 11-12 lat jeśli dobrze pamietam.
Tak na dobrą sprawę to wydarzenia, które miały tam miejsce zadecydowały o tym, że przestałem trenować ale również natłok treningów, z powodu przejścia do bardziej zaawansowanej grupy. No, a wiadomo, że dużo treningów=mniej czasu na naukę. Więc rodzice postawili przede mną ultimatum, albo nauka albo sport. Szczerze to nie miałem i tak za wiele do powodzenia, więc wiadomo jaka była moja "decyzja". W sumie trochę ich rozumiem, miałem przecież 11 lat.

Wracając w końcu do sedna sprawy. Jak juz wspomniałem w Człuchowie byliśmy całą sekcja szermierczą. No i pewnego pięknego dnia pojechaliśmy nad jezioro. Gdy z kolegą chodziliśmy po plaży zrobiliśmy się głodni, a nie wzięliśmy ze sobą kasy. Więc wpadliśmy na genialny pomysł. Mianowicie planowaliśmy zaczepić pierwszego lepszego napotkanego plażowicza.  Zaczepiliśmy kolesia młodszego o rok od nas. Początkowo nie chciał dać nam pieniędzy więc zaczęliśmy się dla zabawy gonić. Po jakimś czasie chłopak upadł na piasek i po chwili namysłu dał nam w końcu te pieniądze. Uradowani "zdobyczą" poszliśmy do sklepu przy plaży i kupiliśmy orzeszki ziemne ... tak orzeszki.
Minęło kilka dni. Jest chrzest całego obozu. My również zamierzaliśmy się tam wybrać jak wszyscy zresztą. Gdy tylko przekroczyliśmy próg od ośrodka zauważyliśmy jakiegoś kolesia, a obok niego naszego "znajomego". Facet nas zawołał, a my jak gdyby nigdy nic zrobiliśmy nagły w tył wzrot. Niestety on był już za nami. Zaczęła się mała awantura. Podbiegł nasz trener i kazał nam iść do pokojów. Gdy przyszedł do nas, wszytsko nam wyjaśnił. Okazało się, że ten facet to trener młodego (z Wrocławia bodajże) i oni również uczestniczą w tym obozie szermierczym. Powiedział też, że powstrzymał tamtego trenera od zadzwonienia na policję! Mówił, że groził nam nawet dom dziecka! Najprawdopodobniej jednak skończyło by się tylko na pouczeniu gdyż byłoby to uznane za niską szkodliwość czynu lecz wtedy nie było mi do śmiechu.
Karą jaką dostaliśmy było zadzwonienie do rodziców i zrelacjonowanie im wszystkiego oraz półroczny zakaz wyjazdów na zawody.

I pomyśleć, że to wszystko przez jedne głupie orzeszki. Dzisiaj myślę o tym wszystkim, że to było idiotyczne zachowanie. Na dodatek nie mam tak naprawdę pojęcia na jakiej podstawie trener młodego miał już dzwonić po policję... Wymuszenie z zastraszaniem czy coś? Nie znam się na tym... Ale nie zmienia to faktu, że żałuję tej decyzji do dziś.

Jeśli jesteś w tej części tego posta to gratuluję wytrwałości, bo krótki on nie jest. Starałem się jak mogłem aby go skrócić ale żeby wszytsko miało ręce i nogi to inaczej się nie dało.

Na koniec jak zawsze piosenka, tym razem coś po polsku :)
http://youtu.be/eT1LsCvs_L4

Do następnego razu!
~Cisek

10 stycznia 2015

Moje pasje

Siemanko wszystkim!

Parę dni temu jedna z moich czytelniczek (woow mam już stałych czytelników, sukces!) zasugerowała mi, abym kolejnego posta napisał o moich pasjach. Szczerze powiem, nie czułem satysfakcji z tego faktu, gdyż tak na dobrą sprawę raczej ich nie posiadam. Może po prostu nie wiem, że te rzeczy, które postaram się wymienić są tak na prawdę moimi pasjami. Puentując wstęp krótko, zwięźle i na temat - "się zobaczy".
Chyba moja największą pasją (jeśli można tak to ująć) jest motoryzacja. Ktoś powie - standardowa odpowiedź prawie każdego chłopaka w moim wieku i w sumie będzie miał rację. No bo nie oszukujmy się ale My, chłopacy tak już mamy. 

Wracając do tematu, jak już wspomniałem w poście Parę słów o mnie prowadzę fp na fejsie, (link również tam znajdziecie) zresztą którego jestem założycielem. Tematyka tej stronki jest ściśle związana z jedną marką, a właściwie modelem samochodu - mowa tu o Hondzie Civic.
Pasją do tego auta zaraził mnie mój brat, który jest posiadaczem tego modelu (5 generacji). Uwielbiam z nim robić różne modyfikacje, kosmetykę itp. Co w Nim takiego fajnego? Wszystko! Począwszy od szerokiej gamy oferowanych silników, przez sportowy charakter, a kończąc na możliwościach stałego ulepszania.
Gdy tylko zdam za rok prawko, planuje kupić ten właśnie samochód (V generacje, która jest moją ulubioną).
Macie tutaj dwie fotki tego autka:

Drugą pasją, może trochę w mniejszym stopniu niż wyżej wymieniona, jest sport. Można powiedzieć sport szeroko pojęty, gdyż prawie każdy sport mnie ciekawi bardziej lub mniej. Szczególnie jednak interesuje mnie piłka nożna. Również w tym przypadku o ulubionych klubach już wspomniałem w poprzednim poście, więc nie widzę większego sensu rozwijania tego tematu.
Od razu odpowiem na pytanie, które może się pojawić czy uprawiam jakiś sport. Nie, nie uprawiam zawodowo aczkolwiek amatorsko biegam, i od czasu do czasu chodzę na orlika pograć "w nogę".
Kiedy jeszcze chodziłem do szkoły podstawowej, czyli ładne parę lat temu, trenowałem dość nietypowy sport - szermirkę. Czemu zaprzestałem trenowanie? Myślę, że poświęcę kiedyś na to jeden post, więc trochę będziecie musieli poczekać ;)

Kolejną i zarazem ostatnią rzeczą do omówienia będzie pasja do elektroniki, która chyba jeszcze nie do końca się we mnie wykształciła. Wiadomo, że jest to niejako podstawą do dalszej nauki i perspektywistycznie myśląc - do pracy. Jednak nie wybiegajmy za mocno w przeszłość.
Często można usłyszeć, że powinno się lubić, to co się robi i tak samo jest z nauką w elektroniku. Wiele znajomych ze starszych klas mówiło mi, że jeśli nie polubię tego, to albo przydałoby się chodź trochę tym zainteresować albo prędzej czy później będę musiał się przenieść. W pełni się z tym zgadzam, no bo chyba nikt nie lubi robić tego za czym zbytnio nie przepada. Szczerze mówiąc, to nawet mnie to ciekawi ale jeszcze nie na tyle aby z powodzeniem ukończyć tą szkołę. Więc myślę, że w najbliższym czasie zrobię pewne kroki ku temu aczkolwiek w sumie już teraz czasem bawię się lutownicą :)
Dobra, to by było na tyle.

Na koniec chciałbym jeszcze raz pozdrowić moją, możliwe, że jedyną stałą czytelniczkę, która zainspirowała mnie do napisania posta na ten temat

Do następnego razu!
~Cisek


Ps: Obiecany po każdym poście link do yt:



05 stycznia 2015

Postanowienia noworoczne

Parę dni temu rozpoczął się nowy, 2015 rok. Tradycją juz stało się wymyślanie i planowanie sobie jakiś czas wcześniej postanowień na nowy rok. Mają one czasem zmienić nasze życie, obrócić je o 180°, czasem lekko tylko podreperować nasze niedoskonałości, a innym razem nic nie chcemy zmieniać, ponieważ najzwyczajniej w świecie nie ma takiej potrzeby. 

Generalnie u niektórych osób postanowienia z roku na rok są niezmiennie: schudnę, zacznę się lepiej uczyć, znajdę miłość swojego życia, będę bardziej uprzejmy dla pewnych osób, nie będę marnował tyle czasu na "głupoty", stanę się bardziej oszczędny, znajdę lepszą pracę (lub w ogóle ją znajdę) .... itd. Brzmi znajomo? 

Niestety - jak się okazuje po paru tygodniach/miesiącach (szacun dla wytrwałych) nie wszystko jest takie kolorowe i proste jakby się nam to ns początki roku wydawało. Mówiąc wprost - wszystko i tak pójdzie się jeb*ć. Jeśli ktoś czytający ten post trwał wiernie przez cały poprzedni rok w swoim chodź jednym postanowieniu to na prawdę chwała mu za to. Prawdopodobnie zaliczasz się do grona, bo ja wiem może 5-10% całego społeczeństwa żyjącego na ziemi, które podobnie jak Ty dorwało.
Oczywiście moje statystyczne przypuszczenia mogą być mylne. Nie jestem jakimś fanem badań opinii publicznej ale wysiliłem się i znalazłem. 

Otóż według badań przeprowadzonych na początku zeszłego roku przez University of Scranton zaledwie 8% społeczeństwa spełni założenia postawione sobie na początku roku. Śledząc dalsze informacje można wyczytać, że około 25% ankietowanych zrezygnuje już po pierwszym tygodniu, 29% po dwóch, 36% odpuści sobie po trzech tygodniach, a połowa po miesiącu.

Daje to do myślenia. Czy jest sens? Czy warto? Moim zdaniem tak, nawet jeśli się nie uda, to będziemy wiedzieć, że "chociaż spróbowałem". Podobno czasem się niestety ale nie da. Większej głupoty nigdy nie słyszałem! ZAWSZE SIĘ DA, TRZEBA TYLKO  CHCIEĆ. Wiem, że łatwo powiedzieć, trudniej zrobić ale jeśli naprawdę zepniemy dupe i powiemy sobie "dam radę" to już jest połowa sukcesu. 

Co do moich postanowień... ja, tak szczerze, to w tym roku ich nie mam. Wiadomo, gdzieś tam z tyłu głowy jest perspektywa większego przyłożenia się do nauki, a co się z tym wiąże - zlikwidowanie mojego największego uzależnienia czyli telefonu. Przyznaje się bez bicia - tak, telefon jest moim uzależnieniem. Zresztą pewnie prawie każdy posiadacz smartphona ma podobny problem jak ja.
To by było na tyle jeśli chodzi o dzisiejszy dzień. Podczas pisania tego posta wpadłem na pomysł aby na zakończenie każdej mojej wypowiedzi wstawiać linka 1-2 piosenki z yt abyście mogli nieco poznać mój gust muzyczny. Dzisiaj zostawiam Was z Eminemem :) 
~Cisek

Ps: jeśli macie jakieś pytania to zamieszczajcie je w komentarzach lub wysyłajcie na e-maila cisekblog@gmail.com. 

30 grudnia 2014

Parę słów o mnie

Siemanko!
Jest wtorek, godzina 2:05.

Jestem tutaj po to aby napisać drugiego posta na moim pierwszym blogu. Pewnie zamieszczę go dopiero popołudniu, no ale się zobaczy. W sumie to ma być on o mnie.. za wiele tutaj raczej nie będzie, ponieważ kiepsko wychodzi mi mówienie, a raczej pisanie o sobie.
A więc do rzeczy. Mam na imię Szymon. Mieszkam w województwie Kujawsko-Pomorskim, a konkretnie w mieście o nazwie Bydgoszcz. Urodziłem się 1 maja 1998 roku czyli wychodzi na to, że mam 16 lat. Uczęszczam do technikum - Zespołu Szkół Elektronicznych w Bydgoszczy do klasy 1A na profilu Technik Elektronik. Jest to jedno z najlepszych techników w Polsce (4 miejsce w kraju) więc poziom jest adekwatny do zajmowanej przez potocznie nazywanego Elektronika pozycji. Aczkolwiek daje na razie rade - z problemami ale daję. Dlaczego tam poszedłem? Głównie ze względu na renomę szkoły i gwarancję późniejszej pracy w zawodzie, o co w dzisiejszych czasach niestety niełatwo.
Co do moich zainteresowań to nie mam ich za wiele. Interesuję się głównie sportem (szeroko pojętym), motoryzacją (prowadzę fanpage na fb, link na końcu posta) oraz muzyką (tzn głównie jej słuchaniem). Co do sportu to najbardziej interesuje mnie piłka nożna. Jestem fanem Juventusu Turyn oraz klubu z mojego rodzinnego miasta - Zawiszy Bydgoszcz. Taa... Zetka może i nie gra aktualnie najlepiej, no dobra nie oszukujmy się - gra po prostu do dupy. Ostatnie miejsce w tabeli jak na ten czas nie napawa optymizmem, sytuacja kadrowa również nie jest za dobra (ściągnięcie kilkunastu zagranicznych piłkarzy było fatalnym pomysłem ale najważniejsze, że było tanio... ). Aktualnie zaczyna iść to w dobra stronę, aczkolwiek mam taką nadzieję, ponieważ próbują ściągać polskich piłkarzy. Pan Osuch (właściciel klubu) poszedł w końcu po rozum do głowy... lepiej późno niż wcale. Osobiście mam małą nadzieje, że w Bydgoszczy Ekstraklasa pozostanie jeszcze na jakiś czas, chociaż większość sympatyków Bydgoskiego klubu chyba w to już nie wierzy. Kurde dobra miałem coś o sobie pisać, a nie o Zecie.
Niektórzy pewnie są zaciekawieni jaką religię wyznaje. Otóż jestem katolikiem, uczęszczam co niedzielę na Mszę Świętą oraz chodzę na Oazę. Jestem również lektorem u mnie w parafii. Pewnie niektórych ta informacja trochę zniechęci do dalszego czytania mojego bloga. Okey, ja to rozumiem. Jednak jeśli będziecie go nadal śledzić, to przekonaniecie się, że święty to ja nie jestem, a chrześcijanin to nie jest człowiek ponóry, który tylko siedzi w domu i napierdziela modlitwy, litanie itp ;)

Powiem coś jeszcze apropo spożywania alko, palenia petów, e-petów itd. Na rekolekcjach, które odbyły się w wakacje przyjąłem Krucjatę Wyzolenia Człowieka (w skrócie KWC). Podpisując ją deklaruje nie spożywanie przez rok alkoholu, papierosów i różnych podobnych substancji psychoaktywnych. Jedni powiedzą, że to idiotyzm, inni, że po co to komu potrzebne. Ja przyjmując KWC chciałem udowodnić sobie i innym, że da się żyć i imprezować bez tego wszystkiego. Jak wiadomo w dzisiejszych czasach większość moich rówieśników zna jedynie taki sposób spędzania wolnego czasu. Ja chcę pokazać, że można inaczej, że można trzeźwo przeżyć sylwka, urodziny itp i jednocześnie przy tym dobrze się bawić.
Myślę, że na dzisiaj wystarczy. Jest już trochę późno wiec będę leciał w kime.
Jakby ktoś miał do mnie jakiekolwiek pytania, to proszę albo w komentarzu albo na tego e-maila: cisekblog@gmail.com.
Życzę miłego dnia wszystkim i do następnego razu! ;)